about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

Ciężki od wilgoci i ciepły wieczór nie był najlepszą scenerią do rozpalania ogniska, ale Algiemu to nie przeszkadzało. Wokół snuły się postacie znajomych nomadów, głosy ich rozmów mieszały się z dźwiękami trzaskania palącego się drewna i pierwszymi nutami muzyki płynącej ze świeżo nastrojonej gitary gdzieś po drugiej stronie płomieni. Ubrania lepiły im się do ciał, a butelki zimnego piwa pociły się równie szybko, co trzymające je dłonie, a jednak Faulkner miał to paradoksalne wrażenie, że w k o ń c u może głębiej odetchnąć. Odnajdywał zdecydowanie większy spokój w towarzystwie Karawany Duchów i jej sympatyków, niż w izolowanych ścianach własnego kampera. Szczególnie od czasu przedwczesnego finału Winterween, o którym usilnie starał się nie myśleć. Niestety — bezowocnie. Wspomnienia wracały przy każdym fantomowym bólu niedużej blizny po oparzeniu na jego ramieniu; przy każdym spojrzeniu na o wiele większe i dłużej gojące się obrażenia Colette; za każdym razem, gdy znajdował się w ciaśniejszej, zamkniętej przestrzeni. Być może poczułby się spokojniej, gdyby w końcu mógł się skontaktować z Jonelem. Gdyby upewnił się, że wszystko z nim w porządku. Dowiedział się, czy cała ta sprawa ma jakiekolwiek związek z nim i z ludźmi, przed którymi się ukrywa. Jednak nie mając jego numeru ani adresu, mógł jedynie pozostać w okolicy i liczyć na jakiś kontakt z jego strony. Znów. Czekać...
Może byłoby łatwiej, gdyby nie miał wręcz nieustannego wrażenia, że ktoś go obserwuje.
— Daj znać, gdybyś jednak potrzebowała leżaka, okej? — zwrócił się do Coco, przerywając tym samym dłużącą się między nimi ciszę. Siedzieli razem na kocu w pewnej odległości od ogniska, co dla jej kontuzjowanego poważnie kolana mogło nie być najbardziej odpowiednią pozycją. Powinien to zaproponować już dawno temu, zamiast odpływać tak daleko myślami.
Może byłoby łatwiej, gdyby nie miał wręcz nieustannego wrażenia, że ktoś go obserwuje.
— Daj znać, gdybyś jednak potrzebowała leżaka, okej? — zwrócił się do Coco, przerywając tym samym dłużącą się między nimi ciszę. Siedzieli razem na kocu w pewnej odległości od ogniska, co dla jej kontuzjowanego poważnie kolana mogło nie być najbardziej odpowiednią pozycją. Powinien to zaproponować już dawno temu, zamiast odpływać tak daleko myślami.
about me
I am my mother's savage daughter
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice

Szum rozmów i trzask palonego ogniska był tłem dla myśli Colette. Myśli niezwykle odległych i plątających się gdzieś po bezdrożach pustyni. Znów rozpamiętywała wydarzenia z Winterween, bo jeszcze nie tak dawno po raz kolejny, ktoś do niej zadzwonił, a gdy odebrała po drugiej stronie linii, odpowiedziała jej głucha cisza. Algernon starał się ją uspokoić, ale czuła jak jej ciało ponownie całe się spina. Od wielu dni żyła w ciągłym stresie, a chociaż była bezpieczna, to drżała za każdym razem, gdy gdzieś wokół ich kampera słychać było czyjeś rozmowy i śmiechy.
Poza tym czuła się lepiej. Co prawda uraz kolana nadal jej doskwierał, ale radziła sobie. Ostatnio nawet sama wybrała się do miasteczka, co zakończyło się nieoczekiwanym spotkaniem z Ephraimem i... I w zasadzie myśli o nim także ją nawiedzały. Z jednej strony doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że tylko ze sobą pracują, a z drugiej coraz częściej przyłapywała się na snuciu jakieś durnych teorii i analizowaniu każdego gestu i spojrzenia, które pamiętała, a którym Calderwood ją obdarował. Wtedy w panice szukała kontaktu z Algernonem, by ponownie wrócić na ziemię i poczuć przy sobie jego bliskość. Bliskość i opiekę, której potrzebowała, która była jedyną stabilną i pewną rzeczą, jaką obecnie posiadała, a które jednocześnie nie miała trwać wiecznie.
I właśnie po raz kolejny próbowała zastanawiać się nad tym, jak wyglądałoby jej życie bez Faulknera, gdy usłyszała jego głos.
— Spokojnie, jest mi wygodnie — zapewniła go, po czym podniosła się nieco bardziej, aby móc sięgnąć po kubek z ciepłą herbatą. Gdy skończyła pić, usiadła się nieco wygodniej i podciągnęła zdrowe kolano do góry, aby móc objąć je ramionami. Ułożyła na nim policzek i odwróciła głowę w stronę Algernona. — O czym myślisz? — Zapytała, bo ona... Ona już nie myślała o tym, jakby to było, gdyby zniknął, bo wiedziała, że to niemożliwe. Nawet jeśli pewnego dnia nie obudzi się rano u jego boku, to na pewno wciąż będzie mieć go w swoim życiu, bo to co mieli, nie zamykało się w żadnych definicjach.
algernon faulkner
Poza tym czuła się lepiej. Co prawda uraz kolana nadal jej doskwierał, ale radziła sobie. Ostatnio nawet sama wybrała się do miasteczka, co zakończyło się nieoczekiwanym spotkaniem z Ephraimem i... I w zasadzie myśli o nim także ją nawiedzały. Z jednej strony doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że tylko ze sobą pracują, a z drugiej coraz częściej przyłapywała się na snuciu jakieś durnych teorii i analizowaniu każdego gestu i spojrzenia, które pamiętała, a którym Calderwood ją obdarował. Wtedy w panice szukała kontaktu z Algernonem, by ponownie wrócić na ziemię i poczuć przy sobie jego bliskość. Bliskość i opiekę, której potrzebowała, która była jedyną stabilną i pewną rzeczą, jaką obecnie posiadała, a które jednocześnie nie miała trwać wiecznie.
I właśnie po raz kolejny próbowała zastanawiać się nad tym, jak wyglądałoby jej życie bez Faulknera, gdy usłyszała jego głos.
— Spokojnie, jest mi wygodnie — zapewniła go, po czym podniosła się nieco bardziej, aby móc sięgnąć po kubek z ciepłą herbatą. Gdy skończyła pić, usiadła się nieco wygodniej i podciągnęła zdrowe kolano do góry, aby móc objąć je ramionami. Ułożyła na nim policzek i odwróciła głowę w stronę Algernona. — O czym myślisz? — Zapytała, bo ona... Ona już nie myślała o tym, jakby to było, gdyby zniknął, bo wiedziała, że to niemożliwe. Nawet jeśli pewnego dnia nie obudzi się rano u jego boku, to na pewno wciąż będzie mieć go w swoim życiu, bo to co mieli, nie zamykało się w żadnych definicjach.
algernon faulkner
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

Przytaknął z lekkim uśmiechem, nie zamierzając w żaden sposób kwestionować jej odpowiedzi. Wiedział, że gdyby było jej niewygodnie, to by o tym powiedziała. Ufał też, że jeśli coś się zmieni, to także poprosi go o pomoc. Jednocześnie jednak w duchu musiał się powstrzymać przed silną nagle potrzebą ruszenia się z miejsca i zrobienia czegoś dla niej — czy to w postaci rozłożenia leżaka, przyniesienia poduszki, którą mogłaby wsunąć pod kolano czy dolania jej herbaty, by nigdzie nie musiała niepotrzebnie chodzić. To nie tak, by sądził, że wie lepiej, czego potrzebowała (choć czasem zastanawiał się, czy nie umniejszała swojemu cierpieniu i niewygodzie, by nie budzić w nim żalu i wyrzutów sumienia). I to też nie tak, żeby potrzebował poczuć się jak rycerz ratujący w jakiś sposób swoją niewiastę (choć prawda była taka, że tego nieszczęsnego wieczora Winterween jego męska duma — niechętnie by się do tego przyznał — została w jakiś sposób nadszarpnięta, gdy tak niewiele mógł dla Coco zrobić). Tak naprawdę w głównej mierze chodziło o odzyskanie kontroli. Nad ich życiem, razem i osobno; nad własnymi emocjami; nad lękiem. Patrząc na to z szerszej perspektywy, chęć posadzenia Colette na leżaku, zaopiekowania się nią w taki sposób, raczej nie było magicznym zaklęciem do pozbycia się całego tego bagażu, ale czasem niewielkie gesty sprawiały, że człowiek wracał do równowagi. A przynajmniej mógł sobie wmówić, że tak się dzieje.
Cokolwiek by nie robił jednak, wewnętrzny niepokój go nie odstępował. Czy byli razem, czy osobno. Czy spędzał czas w kamperze, czy wśród Karawany Duchów. Czy mógł coś dla Coco, samego siebie lub kogoś innego zrobić, czy tylko patrzył bezradnie na to, co się działo dookoła. Czy mieli za sobą spokojny dzień, czy w telefon kobiety znów przebudził się głuchym połączeniem. Nawet teraz... Miał wrażenie, że gdzieś spomiędzy łagodnego głosu Colette, trzaskania ogniska, rozkręcającej się powoli muzyki przygrywanej na gitarze i szumu rozmów innych członków Karawany, przebija się coś jeszcze. Coś gdzieś za nimi, w ciemnościach, do których nie dosięgał blask ognia, tym bardziej przez to intensywnych. Jakiś krok, złamana gałązka, szum trawy, przez którą poruszało się coś innego niż wiatr. Może jakieś zwierzę. Może...
A może tylko coś sobie wmawiał?
— Nie masz wrażenia, że... — zaczął trochę w odpowiedzi na jej pytanie, które przez kilka wcześniejszych sekund pozostawił w zawieszeniu, ale szybko przerwał. Wzrok, przez ten czas skupiony na ciemności gdzieś za nimi, skupił ponownie na jej twarzy. Nie mógł jej tego robić. Straszyć, kiedy sam nie był pewien, czy jest się czego bać. Na pewno jeszcze nie teraz, póki nie rozwiązali głuchych telefonów, które dostawała. Nie potrafił jej dokładać więcej stresu. Pochylił się w jej stronę, by móc złożyć na jej ciele kilka uspokajających pocałunków. Jeden na czole, jeden w kąciku ust i trzy na jej odsłoniętym ramieniu. — To nic takiego — zapewnił, prostując się ponownie, zanim przeszedł do tematu, który rzeczywiście w jakimś stopniu go zajmował, ale niekoniecznie w tej chwili i nie w takim natężeniu, jak inne sprawy. W duchu pocieszał się tym, że nie wciska jej kłamstw... tylko półprawdy? — Ale od tego nalotu policji na Karawanę mam wrażenie, że trochę... ucichli? Atmosfera jest cięższa, co zrozumiałe oczywiście. I tylko obawiam się, że niedługo może będziemy się z z nimi żegnać? — pociągnął temat ostatnich wydarzeń w grupie Duchów i własnych przemyśleń, które wyciągał gdzieś spomiędzy wierszy — między tym ogniskiem, między rozmowami toczącymi się wokół, między muzyką niosącą się z gitary. Czuć było, że Karawana myśli już o następnym rozdziale swojej historii, następnym przystanku w swojej podróży.
Cokolwiek by nie robił jednak, wewnętrzny niepokój go nie odstępował. Czy byli razem, czy osobno. Czy spędzał czas w kamperze, czy wśród Karawany Duchów. Czy mógł coś dla Coco, samego siebie lub kogoś innego zrobić, czy tylko patrzył bezradnie na to, co się działo dookoła. Czy mieli za sobą spokojny dzień, czy w telefon kobiety znów przebudził się głuchym połączeniem. Nawet teraz... Miał wrażenie, że gdzieś spomiędzy łagodnego głosu Colette, trzaskania ogniska, rozkręcającej się powoli muzyki przygrywanej na gitarze i szumu rozmów innych członków Karawany, przebija się coś jeszcze. Coś gdzieś za nimi, w ciemnościach, do których nie dosięgał blask ognia, tym bardziej przez to intensywnych. Jakiś krok, złamana gałązka, szum trawy, przez którą poruszało się coś innego niż wiatr. Może jakieś zwierzę. Może...
A może tylko coś sobie wmawiał?
— Nie masz wrażenia, że... — zaczął trochę w odpowiedzi na jej pytanie, które przez kilka wcześniejszych sekund pozostawił w zawieszeniu, ale szybko przerwał. Wzrok, przez ten czas skupiony na ciemności gdzieś za nimi, skupił ponownie na jej twarzy. Nie mógł jej tego robić. Straszyć, kiedy sam nie był pewien, czy jest się czego bać. Na pewno jeszcze nie teraz, póki nie rozwiązali głuchych telefonów, które dostawała. Nie potrafił jej dokładać więcej stresu. Pochylił się w jej stronę, by móc złożyć na jej ciele kilka uspokajających pocałunków. Jeden na czole, jeden w kąciku ust i trzy na jej odsłoniętym ramieniu. — To nic takiego — zapewnił, prostując się ponownie, zanim przeszedł do tematu, który rzeczywiście w jakimś stopniu go zajmował, ale niekoniecznie w tej chwili i nie w takim natężeniu, jak inne sprawy. W duchu pocieszał się tym, że nie wciska jej kłamstw... tylko półprawdy? — Ale od tego nalotu policji na Karawanę mam wrażenie, że trochę... ucichli? Atmosfera jest cięższa, co zrozumiałe oczywiście. I tylko obawiam się, że niedługo może będziemy się z z nimi żegnać? — pociągnął temat ostatnich wydarzeń w grupie Duchów i własnych przemyśleń, które wyciągał gdzieś spomiędzy wierszy — między tym ogniskiem, między rozmowami toczącymi się wokół, między muzyką niosącą się z gitary. Czuć było, że Karawana myśli już o następnym rozdziale swojej historii, następnym przystanku w swojej podróży.
about me
I am my mother's savage daughter
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice

Czuła jego niepokój. Tak wiele czasu spędzała w towarzystwie Algernona, że nauczyła się rozumieć go bez słów. Naturalnie nie we wszystkim, bo wciąż zdawała sobie sprawę z tego, że część jego życiorysu na zawsze pozostanie dla niej tajemnicą. Nigdy też nie naciskała na to, aby Faulkner powiedział jej cokolwiek więcej, niż sam chciał. Nie była jednak naiwna, ani głupia. Skrywał sekrety, z którymi mierzył się w ciszy. Wtedy jego twarz nabierała dokładnie takiego samego, zamyślonego i zatroskanego wyrazu, bo chociaż ciałem znajdował się przy niej, to myślami odbiegał do bardzo odległych wspomnień.
Nie miało to jednak dla niej znaczenia, póki sam Algernon czuł się dobrze z tym, jak wyglądała ich sytuacja. Colette także nie zdradzała mu wszystkiego, ale z drugiej strony to właśnie Faulkner był jedną z niewielu osób posiadających wiedzę o tym, że była na odwyku, że kiedyś była uzależniona, a jej życie wyglądało jak jedno wielkie gówno nic. O tym umiała mu opowiedzieć, ale o Ephraimie; relacje, którą spieprzyli, a która teraz budowała się na nowo, na zasadach, jakich nie rozumiała — już niekoniecznie.
— Że? — Zapytała, o wiele żwawszym tonem, bo jednak lęk, jaki w sobie nosiła, po doświadczeniach z Winterween, mocno zaburzał jej oceną sytuacji. Więc, gdy Algernon odpowiedział tak tajemniczo, a wzrok wbił gdzieś w ciemność ponad ogniskiem, Coco nawiedziło przeczucie, że dostrzegł tam dość podejrzanego. — Widzisz? Coś? Kogoś? — Zapytała, spanikowana i odruchowo przysunęła się bliżej niego, zaciskając palce na umięśnionym ramieniu. Przez te głuche telefony i szepty, które zapewne nie były prawdziwe i sobie je tylko wmawiała, była niesamowicie przeczulona na punkcie tego, że wciąż wokół znajdowało się jakieś niebezpieczeństwo — Nic takiego? Nie kłamiesz? — Spytała, jeszcze raz zerkając w ciemność. Potem poczuła na swojej skórze kilka, czułych i pełnych troski pocałunków, rozumiejąc, że Algernon nie miał na myśli tego, co działo się tu i teraz, a czegoś, o czym myślał od dłuższej chwili. — Nie możesz mi tak robić, mówić o czymś i nie kończyć... — Obruszyła się, odrobinę teatralnie i na wyrost, ale nie naprawdę, co okazała wtulając się w jego bok i ponownie uspokajając swój oddech.
— Nie dziwię się im... Zostali niesprawiedliwie oskarżeni o coś, czego nigdy nie byliby w stanie się dopuścić. To miasteczko nie ugościło ich, tak jak powinno — skomentowała słowa Algernona i ponownie poczuła strach. Jednak tym razem był on zupełnie inny, o wiele głębszy i wywołujący ucisk w mostku.
Podniosła się delikatnie, ale wciąż nie odsuwając zbyt daleko i spojrzała na Faulknera, w sposób jasno zdradzający to, że bała się powiedzieć, o czym myśli.
— Chyba nie chcesz... — Wyjechać z nimi — chciałaby dokończyć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle, bo mimo tego, jak niesprawiedliwie trudne okazało się życie w Lorne Bay to nie chciała jeszcze go opuszczać, nie teraz. Chciała chyba tu też zostać, ale z drugiej strony obecnie nie umiałaby wyobrazić sobie swojej rzeczywistości bez Algernona i jego obecności tuż obok.
Nie miało to jednak dla niej znaczenia, póki sam Algernon czuł się dobrze z tym, jak wyglądała ich sytuacja. Colette także nie zdradzała mu wszystkiego, ale z drugiej strony to właśnie Faulkner był jedną z niewielu osób posiadających wiedzę o tym, że była na odwyku, że kiedyś była uzależniona, a jej życie wyglądało jak jedno wielkie gówno nic. O tym umiała mu opowiedzieć, ale o Ephraimie; relacje, którą spieprzyli, a która teraz budowała się na nowo, na zasadach, jakich nie rozumiała — już niekoniecznie.
— Że? — Zapytała, o wiele żwawszym tonem, bo jednak lęk, jaki w sobie nosiła, po doświadczeniach z Winterween, mocno zaburzał jej oceną sytuacji. Więc, gdy Algernon odpowiedział tak tajemniczo, a wzrok wbił gdzieś w ciemność ponad ogniskiem, Coco nawiedziło przeczucie, że dostrzegł tam dość podejrzanego. — Widzisz? Coś? Kogoś? — Zapytała, spanikowana i odruchowo przysunęła się bliżej niego, zaciskając palce na umięśnionym ramieniu. Przez te głuche telefony i szepty, które zapewne nie były prawdziwe i sobie je tylko wmawiała, była niesamowicie przeczulona na punkcie tego, że wciąż wokół znajdowało się jakieś niebezpieczeństwo — Nic takiego? Nie kłamiesz? — Spytała, jeszcze raz zerkając w ciemność. Potem poczuła na swojej skórze kilka, czułych i pełnych troski pocałunków, rozumiejąc, że Algernon nie miał na myśli tego, co działo się tu i teraz, a czegoś, o czym myślał od dłuższej chwili. — Nie możesz mi tak robić, mówić o czymś i nie kończyć... — Obruszyła się, odrobinę teatralnie i na wyrost, ale nie naprawdę, co okazała wtulając się w jego bok i ponownie uspokajając swój oddech.
— Nie dziwię się im... Zostali niesprawiedliwie oskarżeni o coś, czego nigdy nie byliby w stanie się dopuścić. To miasteczko nie ugościło ich, tak jak powinno — skomentowała słowa Algernona i ponownie poczuła strach. Jednak tym razem był on zupełnie inny, o wiele głębszy i wywołujący ucisk w mostku.
Podniosła się delikatnie, ale wciąż nie odsuwając zbyt daleko i spojrzała na Faulknera, w sposób jasno zdradzający to, że bała się powiedzieć, o czym myśli.
— Chyba nie chcesz... — Wyjechać z nimi — chciałaby dokończyć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle, bo mimo tego, jak niesprawiedliwie trudne okazało się życie w Lorne Bay to nie chciała jeszcze go opuszczać, nie teraz. Chciała chyba tu też zostać, ale z drugiej strony obecnie nie umiałaby wyobrazić sobie swojej rzeczywistości bez Algernona i jego obecności tuż obok.
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

— Przepraszam — wyrzucił z siebie jako pierwsze. Zbyt mocno pozwolił sobie odpłynąć własnym myślom i lękom, wzbudzając w Coco emocje, których absolutnie dla niej nie chciał. Nie miał pewności, czy głuche telefony, które dostawała, to rzeczywiście były tylko głupie kawały, jak starał się ją tyle razy uspokajać. Nie miał pewności, czy teraz tylko coś mu się przesłyszało, przewidziało. Nie miał pewności, czy są bezpieczni od czasu Winterween. Ale ostatnim czego chciał, było przelewanie tych uczuć na nią. Miał być jej ostoją. Skałą, na której będzie mogła się podeprzeć. Podmuchem, który rozwieje niepotrzebne lęki i troski. Zamiast tego właśnie budził w niej coś zupełnie przeciwnego. — Przepraszam, zamyśliłem się — powtórzył, wytłumaczył, obejmując ją ramieniem, po czym pocałował czubek jej wtulonej do niego głowy. Do połowy wypite piwo odłożył na bok, szklaną butelkę wwiercając odrobinę w ziemię obok koca, by się przypadkiem nie przewróciła, i zwolnioną w ten sposób drugą ręką odszukał jej dłoń. Splótł ich palce ze sobą, chcąc w ten niewerbalny sposób oznajmić, że jest tu, z nią i że jest bezpieczna. Taka bliskość również i jego nieco uspokajała, ugruntowywała w tym miejscu i w tej chwili. Nie w outbacku, pod ostrzałem kamieni, utkwieni między skałami, ale tu i teraz. Nie działało w stu procentach, ale pomagało.
— Mogłem zrobić więcej — wysnuł, poniekąd odnosząc się do obu tematów zaprzątających mu głowę. Do tego, który poruszali na głos — Karawany — i w duchu do tego co mógł jeszcze zrobić dla niej i dla innych w czasie Winterween. — Dla nich? Dla tego, jak to miasteczko ich postrzega? Nie wiem... — myślał trochę na głos, bo chyba już było za późno na naprawy. Zresztą nie sądził, by Duchy tego jeszcze chciały. Przybyli tu z otwartymi ramionami, chętni poznać Lorne i wpuścić je także do ich własnego świata, ale nalot policji był raczej sytuacją, której nie dało się już przeskoczył, zawrócić, zapomnieć. Sam Algernon uważał, że zdecydowanie podjęto zbyt ostateczne i agresywne kroki, by jakoś tę sprawę rozwiązać...
— Hm...? — zwrócił się w stronę Colette, w pierwszej chwili nie mając pojęcia, o co chciała zapytał, co powiedzieć. Dopiero widząc jej spojrzenie i czające się w jej oczach niepewność i jakąś obawę, dotarło do niego, co mogło chodzić jej po głowie. — Nie. Nie bez ciebie. Nie, dopóki nie zdecydujemy się tego ponownie przegadać — zapewnił ją, pogłębiając nieco uścisk na ich złączonych dłoniach. — Karawana... Ci ludzie są mi w jakiś sposób bliscy, są mi podobni, ale moje miejsce jest tutaj — i to mówiąc, pocałował ją po raz kolejny, tym razem prosto w usta. Żeby nie miała żadnych wątpliwości, co miał na myśli.
— Mogłem zrobić więcej — wysnuł, poniekąd odnosząc się do obu tematów zaprzątających mu głowę. Do tego, który poruszali na głos — Karawany — i w duchu do tego co mógł jeszcze zrobić dla niej i dla innych w czasie Winterween. — Dla nich? Dla tego, jak to miasteczko ich postrzega? Nie wiem... — myślał trochę na głos, bo chyba już było za późno na naprawy. Zresztą nie sądził, by Duchy tego jeszcze chciały. Przybyli tu z otwartymi ramionami, chętni poznać Lorne i wpuścić je także do ich własnego świata, ale nalot policji był raczej sytuacją, której nie dało się już przeskoczył, zawrócić, zapomnieć. Sam Algernon uważał, że zdecydowanie podjęto zbyt ostateczne i agresywne kroki, by jakoś tę sprawę rozwiązać...
— Hm...? — zwrócił się w stronę Colette, w pierwszej chwili nie mając pojęcia, o co chciała zapytał, co powiedzieć. Dopiero widząc jej spojrzenie i czające się w jej oczach niepewność i jakąś obawę, dotarło do niego, co mogło chodzić jej po głowie. — Nie. Nie bez ciebie. Nie, dopóki nie zdecydujemy się tego ponownie przegadać — zapewnił ją, pogłębiając nieco uścisk na ich złączonych dłoniach. — Karawana... Ci ludzie są mi w jakiś sposób bliscy, są mi podobni, ale moje miejsce jest tutaj — i to mówiąc, pocałował ją po raz kolejny, tym razem prosto w usta. Żeby nie miała żadnych wątpliwości, co miał na myśli.
about me
I am my mother's savage daughter
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice

Smukłe palce Colette zacisnęły się mocno na silnej dłoni Algernona, gdy jeszcze przez kilka sekund walczyła z buzującymi w niej emocjami. Panika szybko ją opuściła, ale przyspieszony puls nie pozwalał od razu się uspokoić. Mimo mijającego czasu, wydarzenia z Winterween wciąż były żywe w Rosenberg i chociaż starała się być silna i nie zgrywać ofiary, to bywały momenty — takie jak ten — w których nie umiała zapanować nad tym co czuła. Potem zaś robiło jej się głupio, bo przecież nie po raz pierwszy widziała na algernonowej twarzy to samo zamyślenie. Wiedziała, że czasami pozwalał swojej głowie błądzić w odmętach wspomnień i świadomości, odrobinę zapominając o wszystkim wokół. Czasem dzielił się z nią tym, co go tak bardzo intrygowało, a czasem po prostu milczał, pozwalając Colette snuć domysły. Tym razem musiał także nad czymś dumać, a ona wyrwała go z tego odrętwienia w nieodpowiedniej sekundzie.
— Ostatnio sporo myślisz — skomentowała, wtulając się w swoją opokę, jakby tylko to trzymało ją wciąż w tej pokiereszowanej rzeczywistości. — Ja także — przyznała, zanim Faulkner zdążył cokolwiek powiedzieć. — Głównie o tym co się wydarzyło i dlaczego — dodała, bo jasne było, że trauma nadal była w niej całkiem żywa i mogła oszukiwać ludzi wokół, że sobie radzi, ale jego nie dałaby rady zwieść.
Słysząc, jego urwaną wypowiedź drgnęła, odsunęła się na kilka centymetrów. Potem spojrzała na pogrążany w półmroku profil i obróciła się delikatnie, przyklękając tuż przy boku Faulknera. Tym razem rozwinął swoją myśl, ale Coco odnosiła wrażenie, że była to tylko zasłona dymna, że tak naprawdę nie tylko o karawanę mu chodziło, bo przecież nie był żadnym super bohaterem (chyba, że jej prywatnym), który mógłby cokolwiek zmienić w tej kwestii. Dlatego nie kupowała tych wyjaśnień, owszem rozumiała je i wiedziała, że tym także Algernon się przejmował, ale chciała wiedzieć, czym zadręczał się tam głębiej.
— Nie mogłeś zrobić nic więcej — oznajmiła, układając jedną z dłoni na jego policzku. — Ani dla nich, ani dla ludzi z miasteczka, ani dla mnie, Algie — wymieniła siebie na sam koniec, zakładając, że echo Winterween i w nim nadal mocno rozbrzmiewało. — Ochroniłeś mnie. Uratowałeś, po raz kolejny i nigdy nie zdołam ci się zrekompensować za to wszystko — wyznała, pocierając delikatnie palcami jego szorstką skórę. — A widzę, że się zadręczasz i chcę, abyś o tym ze mną porozmawiał — oznajmiła dość prostolinijnie, ale nie chciała, aby w ich relację wkradło się zbyt wiele milczenia, a to ostatnimi czasy było ono ich nieproszonym towarzyszem. —Ja wtedy porozmawiam z tobą, bo także tego potrzebuje — szepnęła jeszcze, nim oparła czoło o jego, bo jakby powiedziała coś jeszcze, to mogłaby przypadkiem znów wybrzmieć zbyt emocjonalnie, a starała się zachowywać spokojnie.
I chociaż chciałaby, aby ten wieczór nie przepełniały tylko ciężkie rozmowy, to kolejny trudny temat wybrzmiał między nimi. Z drugiej strony może odwlekali zbyt długo w czasie tę konwersację, która teraz mogłaby im wreszcie pomóc uporać się, chociaż z częścią myśli huczących nieustannie w ich głowach.
Uspokoił ją. Swoją reakcją znów zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie coś z Colette nadal nie potrafiło odpuścić. Była tutaj z nim i dałaby wszystko, aby każdy z wieczorów był tak łatwy i intymny jak ten, ale wiedziała, że gdzieś tam na horyzoncie było już widać rozwidlenie na tej ich wspólnej ścieżce.
— Moje także — wyszeptała, zgadzając się z nim, ale nie do końca wiedząc, czy miała na myśli to, co i on, czy kryło się za tym wyznaniem coś więcej... Nie chciała jednak zastanawiać się nad tym bardziej, nie w tej chwili, w której niewiele poza bliskością Faulknera, faktycznie mogło pomóc jej ponownie zacząć żyć jak wcześniej.
algernon faulkner
— Ostatnio sporo myślisz — skomentowała, wtulając się w swoją opokę, jakby tylko to trzymało ją wciąż w tej pokiereszowanej rzeczywistości. — Ja także — przyznała, zanim Faulkner zdążył cokolwiek powiedzieć. — Głównie o tym co się wydarzyło i dlaczego — dodała, bo jasne było, że trauma nadal była w niej całkiem żywa i mogła oszukiwać ludzi wokół, że sobie radzi, ale jego nie dałaby rady zwieść.
Słysząc, jego urwaną wypowiedź drgnęła, odsunęła się na kilka centymetrów. Potem spojrzała na pogrążany w półmroku profil i obróciła się delikatnie, przyklękając tuż przy boku Faulknera. Tym razem rozwinął swoją myśl, ale Coco odnosiła wrażenie, że była to tylko zasłona dymna, że tak naprawdę nie tylko o karawanę mu chodziło, bo przecież nie był żadnym super bohaterem (chyba, że jej prywatnym), który mógłby cokolwiek zmienić w tej kwestii. Dlatego nie kupowała tych wyjaśnień, owszem rozumiała je i wiedziała, że tym także Algernon się przejmował, ale chciała wiedzieć, czym zadręczał się tam głębiej.
— Nie mogłeś zrobić nic więcej — oznajmiła, układając jedną z dłoni na jego policzku. — Ani dla nich, ani dla ludzi z miasteczka, ani dla mnie, Algie — wymieniła siebie na sam koniec, zakładając, że echo Winterween i w nim nadal mocno rozbrzmiewało. — Ochroniłeś mnie. Uratowałeś, po raz kolejny i nigdy nie zdołam ci się zrekompensować za to wszystko — wyznała, pocierając delikatnie palcami jego szorstką skórę. — A widzę, że się zadręczasz i chcę, abyś o tym ze mną porozmawiał — oznajmiła dość prostolinijnie, ale nie chciała, aby w ich relację wkradło się zbyt wiele milczenia, a to ostatnimi czasy było ono ich nieproszonym towarzyszem. —Ja wtedy porozmawiam z tobą, bo także tego potrzebuje — szepnęła jeszcze, nim oparła czoło o jego, bo jakby powiedziała coś jeszcze, to mogłaby przypadkiem znów wybrzmieć zbyt emocjonalnie, a starała się zachowywać spokojnie.
I chociaż chciałaby, aby ten wieczór nie przepełniały tylko ciężkie rozmowy, to kolejny trudny temat wybrzmiał między nimi. Z drugiej strony może odwlekali zbyt długo w czasie tę konwersację, która teraz mogłaby im wreszcie pomóc uporać się, chociaż z częścią myśli huczących nieustannie w ich głowach.
Uspokoił ją. Swoją reakcją znów zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie coś z Colette nadal nie potrafiło odpuścić. Była tutaj z nim i dałaby wszystko, aby każdy z wieczorów był tak łatwy i intymny jak ten, ale wiedziała, że gdzieś tam na horyzoncie było już widać rozwidlenie na tej ich wspólnej ścieżce.
— Moje także — wyszeptała, zgadzając się z nim, ale nie do końca wiedząc, czy miała na myśli to, co i on, czy kryło się za tym wyznaniem coś więcej... Nie chciała jednak zastanawiać się nad tym bardziej, nie w tej chwili, w której niewiele poza bliskością Faulknera, faktycznie mogło pomóc jej ponownie zacząć żyć jak wcześniej.
algernon faulkner
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

Sądził, że tym milczeniem ją ochrania. Że nie mówiąc na głos, jak naprawdę się czuje z tym, co wydarzyło się podczas Winterween, w jakiś sposób ją od tego odgradza. Że udając, jak wszystko jest ok, ukrywając swój strach, przybliży do takiego stanu chociaż ją.
Ale jak widać to nie działało. Jak widać ta sytuacja budziła w nim zbyt wiele, zbyt głośnych emocji, by tego nie dostrzegała. Jak widać Coco nie potrzebowała uników, tylko r o z m o w y. Szczerej rozmowy, o którą przecież nie powinna musieć w żaden sposób prosić. Tylko tyle. Aż tyle.
— ... — choć rozchylił usta, przez dłuższą chwilę nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Uniósł zawilgocone nagle oczy ku ciemnemu niebu, chcąc powstrzymać napływające łzy, choć sam nie wiedział dlaczego. Dlaczego się powstrzymywał, dlaczego w ogóle zbierało mu się na płacz. Może to fakt, z jaką łatwością Colette udało się dotrzeć w głąb niego i wyciągnąć na wierzch prawie wszystko, co próbował przed nią ukryć. Może to te wszystkie skrywane emocje tak naprawdę były większe, silniejsze, niż sam się spodziewał. Może to to obezwładniające uczucie bezsilności i niewiedzy. A może to wszystko razem...
Może i on także potrzebował rozmowy przez cały ten czas.
— Mogłem... — zaczął cicho, zamykając powieki, pozwalając kilku pojedynczym łzom spłynąć po policzkach i trzymając się jak kotwicy każdego możliwego połączenia między ich ciałami. Nie miało znaczenie, że właściwie nie byli sami, że wokół byli ludzie, że trwały inne rozmowy, że dźwięki gitary z drugiej strony ogniska nabrały kształtu właściwej piosenki, że zaraz za nimi poniósł się śpiew kilku osób. On i Coco tkwili we własnej, pełnej żalu i strachu bańce. — Mogłem cię osłonić przed kamieniami. Mogłem nie drażnić tego kolesia. Mogłem go złapać zanim zniknął. Mogłem nie zaglądać do tej torby. Mogłem wybrać inną drogę ucieczki — wymieniał szybko wszystko, co w ostatnim czasie sobie wyrzucał. No, prawie wszystko. Jedną myśl pozostawił tylko dla siebie. Że to wszystko w jakiś pokręcony sposób mogło był powiązane z nim. Z Jonelem. Nie był pewien jak i dlaczego, ale ta myśl wciąż niezmiennie krążyła po jego głowie od tamtej nocy. I pewnie dalej będzie krążyć, dopóki nie będzie mógł o tym porozmawiać z Fuentesem. Ale tego n a p r a w d ę nie musiała wiedzieć. — Mogłem trzymać mocniej telefon. Mogłem jeszcze do kogoś zadzwonić. Mogłem zabrać nas stamtąd, kiedy tylko pojawił się tam ten dziwny facet. Dużo rzeczy mogłem, Coco... Za dużo.
Ale jak widać to nie działało. Jak widać ta sytuacja budziła w nim zbyt wiele, zbyt głośnych emocji, by tego nie dostrzegała. Jak widać Coco nie potrzebowała uników, tylko r o z m o w y. Szczerej rozmowy, o którą przecież nie powinna musieć w żaden sposób prosić. Tylko tyle. Aż tyle.
— ... — choć rozchylił usta, przez dłuższą chwilę nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Uniósł zawilgocone nagle oczy ku ciemnemu niebu, chcąc powstrzymać napływające łzy, choć sam nie wiedział dlaczego. Dlaczego się powstrzymywał, dlaczego w ogóle zbierało mu się na płacz. Może to fakt, z jaką łatwością Colette udało się dotrzeć w głąb niego i wyciągnąć na wierzch prawie wszystko, co próbował przed nią ukryć. Może to te wszystkie skrywane emocje tak naprawdę były większe, silniejsze, niż sam się spodziewał. Może to to obezwładniające uczucie bezsilności i niewiedzy. A może to wszystko razem...
Może i on także potrzebował rozmowy przez cały ten czas.
— Mogłem... — zaczął cicho, zamykając powieki, pozwalając kilku pojedynczym łzom spłynąć po policzkach i trzymając się jak kotwicy każdego możliwego połączenia między ich ciałami. Nie miało znaczenie, że właściwie nie byli sami, że wokół byli ludzie, że trwały inne rozmowy, że dźwięki gitary z drugiej strony ogniska nabrały kształtu właściwej piosenki, że zaraz za nimi poniósł się śpiew kilku osób. On i Coco tkwili we własnej, pełnej żalu i strachu bańce. — Mogłem cię osłonić przed kamieniami. Mogłem nie drażnić tego kolesia. Mogłem go złapać zanim zniknął. Mogłem nie zaglądać do tej torby. Mogłem wybrać inną drogę ucieczki — wymieniał szybko wszystko, co w ostatnim czasie sobie wyrzucał. No, prawie wszystko. Jedną myśl pozostawił tylko dla siebie. Że to wszystko w jakiś pokręcony sposób mogło był powiązane z nim. Z Jonelem. Nie był pewien jak i dlaczego, ale ta myśl wciąż niezmiennie krążyła po jego głowie od tamtej nocy. I pewnie dalej będzie krążyć, dopóki nie będzie mógł o tym porozmawiać z Fuentesem. Ale tego n a p r a w d ę nie musiała wiedzieć. — Mogłem trzymać mocniej telefon. Mogłem jeszcze do kogoś zadzwonić. Mogłem zabrać nas stamtąd, kiedy tylko pojawił się tam ten dziwny facet. Dużo rzeczy mogłem, Coco... Za dużo.
about me
I am my mother's savage daughter
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice

Odpowiedź na to, dlaczego Colette udało się dotrzeć do niego tak łatwo, mogła być niezwykle prosta i zamykając się w zwykłej bliskości. Znali się tak długo i przeżyli wspólnie tak wiele, ale niekiedy nie potrzebowali już słów, aby przekazać swoje myśli i emocje. Coco, wiedziała, kiedy nie powinna drążyć i dopytywać. Nauczyła się rozpoznawać momenty, w których Faulkner po prostu się odcinał, skrywając przed nią przeszłość, o jakiej nie miała się nigdy dowiedzieć. Z początku ją to drażniło, ale z czasem nabrała do tego dystansu; przekonała się o tym, że może i o czasie sprzed ich wspólnej podróży nie dowie się wszystkiego, ale od dnia, w którym zdecydowali się podążać na przód ramię w ramię — nie dzieliły ich tajemnice. A nawet jeśli, to ograniczały się do zdarzeń, a nie emocji i przemyśleń, bo tymi umieli się ze sobą dzielić.
Jednak to, co spotkało ich obydwoje podczas Winterween, było inne, groźniejsze i bardziej skomplikowane. Chyba wzajemnie postanowili się chronić, nie mówić o swoich emocjach, chociaż w zasadzie każde z nich czuło się równie mocno zagubione i przygniecione tym, co przeżyli. Tym, co działo się obecnie także, bo echo tamtego potwornego wieczoru nadal ich ścigało, nie pozwalając nabrać oddechu.
Dobrze więc się stało, że tym razem Colette nie pozwoliła Algernonowi uciec w ciszę. Sama też miała już dość udawania, że nie drży ze strachu za każdym razem, gdy w pobliżu ich przyczepy słuchać było niewyraźne głosy, a telefon zaczynał wibrować, zwiastując milczące połączenie.
Gdy pierwsze słowo padło z ust Faulknera, a potem nastał moment ciszy, gardło Colette zacisnęło się boleśnie. Widok łez, płynących po algernonowym policzku, był okrutny, wprawiający w poczucie bezsilności, a jednocześnie niepozwalający Rosenberg, chociażby drgnąć.
— Nie, nie mogłeś zrobić żadnej z tych rzeczy, bo wtedy mogłoby nas tutaj nie być. Co więcej, możesz być tylko wdzięczny za to, że wyszliśmy z tego z kilkoma kontuzjami, bo przecież wiesz, co działo się w obozie — zaczęła, po tym, jak stłumiła w sobie chęć rozpłakania się, ale i tak nie potrafiła zapanować nad łzami, które wypełniły jej wpół otwarte oczy. — Nie mogłeś do nikogo zadzwonić, wiesz o tym, tam działa się masakra... Nie mogłeś też wybrać innej drogi, bo wpadlibyśmy prosto w łapy tych bandziorów. Osłaniałeś mnie przed kamieniami, a to pieprzone kolano rozwaliłam sobie sama, a ty nie zostawiłeś mnie tam. Każda decyzja, którą wtedy podjąłeś, była rozsądna. Nie możesz wiecznie rozmyślać o tym, co mógłbyś zrobić lepiej, bo nic to nie zmieni, niczego nie poprawi, ani nie pozwoli nam uwolnić się od tego pieprzonego strachu — dodała, a przy ostatnim słowie w końcu się poddała. Schowała się w ramionach Algernona, pozwalając sobie w końcu na tę dziecinną słabość i płacz. — Bo to ten strach jest najgorszy... Wiem, że ich już nie ma, tych ludzi, ale wciąż słyszę ich śmiech. Wciąż boję się o to, że wrócą i dokończą to, co im nie wyszło. Nie chcę tego, nie chcę, by ten wieczór paraliżował każdy kolejny dzień mojego życia. Nie chcę się bać, ale jeszcze bardziej nie chcę, abyś obwiniał się za to, co się stało, bo bez ciebie nie poradzę sobie z tym lękiem. To nie my jesteśmy czemukolwiek winni, rozumiesz? — W końcu odsunęła się ostrożnie i ponownie spojrzała na twarz Faulknera. — Słyszysz mnie, Algie? — Dopytała, przecierając niedbale twarz i niekoniecznie przejmując się tym, że pewnie wyglądała w tej całej scenerii dość żałośnie. Jeśli istniał człowiek, przy którym nigdy nie bała się być słaba, to był nim właśnie Algernon.
algernon faulkner
Jednak to, co spotkało ich obydwoje podczas Winterween, było inne, groźniejsze i bardziej skomplikowane. Chyba wzajemnie postanowili się chronić, nie mówić o swoich emocjach, chociaż w zasadzie każde z nich czuło się równie mocno zagubione i przygniecione tym, co przeżyli. Tym, co działo się obecnie także, bo echo tamtego potwornego wieczoru nadal ich ścigało, nie pozwalając nabrać oddechu.
Dobrze więc się stało, że tym razem Colette nie pozwoliła Algernonowi uciec w ciszę. Sama też miała już dość udawania, że nie drży ze strachu za każdym razem, gdy w pobliżu ich przyczepy słuchać było niewyraźne głosy, a telefon zaczynał wibrować, zwiastując milczące połączenie.
Gdy pierwsze słowo padło z ust Faulknera, a potem nastał moment ciszy, gardło Colette zacisnęło się boleśnie. Widok łez, płynących po algernonowym policzku, był okrutny, wprawiający w poczucie bezsilności, a jednocześnie niepozwalający Rosenberg, chociażby drgnąć.
— Nie, nie mogłeś zrobić żadnej z tych rzeczy, bo wtedy mogłoby nas tutaj nie być. Co więcej, możesz być tylko wdzięczny za to, że wyszliśmy z tego z kilkoma kontuzjami, bo przecież wiesz, co działo się w obozie — zaczęła, po tym, jak stłumiła w sobie chęć rozpłakania się, ale i tak nie potrafiła zapanować nad łzami, które wypełniły jej wpół otwarte oczy. — Nie mogłeś do nikogo zadzwonić, wiesz o tym, tam działa się masakra... Nie mogłeś też wybrać innej drogi, bo wpadlibyśmy prosto w łapy tych bandziorów. Osłaniałeś mnie przed kamieniami, a to pieprzone kolano rozwaliłam sobie sama, a ty nie zostawiłeś mnie tam. Każda decyzja, którą wtedy podjąłeś, była rozsądna. Nie możesz wiecznie rozmyślać o tym, co mógłbyś zrobić lepiej, bo nic to nie zmieni, niczego nie poprawi, ani nie pozwoli nam uwolnić się od tego pieprzonego strachu — dodała, a przy ostatnim słowie w końcu się poddała. Schowała się w ramionach Algernona, pozwalając sobie w końcu na tę dziecinną słabość i płacz. — Bo to ten strach jest najgorszy... Wiem, że ich już nie ma, tych ludzi, ale wciąż słyszę ich śmiech. Wciąż boję się o to, że wrócą i dokończą to, co im nie wyszło. Nie chcę tego, nie chcę, by ten wieczór paraliżował każdy kolejny dzień mojego życia. Nie chcę się bać, ale jeszcze bardziej nie chcę, abyś obwiniał się za to, co się stało, bo bez ciebie nie poradzę sobie z tym lękiem. To nie my jesteśmy czemukolwiek winni, rozumiesz? — W końcu odsunęła się ostrożnie i ponownie spojrzała na twarz Faulknera. — Słyszysz mnie, Algie? — Dopytała, przecierając niedbale twarz i niekoniecznie przejmując się tym, że pewnie wyglądała w tej całej scenerii dość żałośnie. Jeśli istniał człowiek, przy którym nigdy nie bała się być słaba, to był nim właśnie Algernon.
algernon faulkner
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

Miał szczęście, że ją poznał. Nie tylko dlatego, że trafił mu się świetny kompan do wspólnych podróży i dalszego przemierzania Australii, ale właśnie przez tę więź, dzięki której mogli w ten sposób teraz rozmawiać. Przez to zrozumienie i zaufanie, którymi siebie nawzajem obdarzali. I to z taką łatwością. Ludzi z tak bliską kompatybilnością nie spotykało się na każdym kroku, więc tym bardziej nie chciał jej stracić. I tak jak dotąd nie miał problemów otworzyć się przed nią z różnymi pomniejszymi lękami, tak ten strach był inny. I po raz pierwszy coś z tyłu głowy nieznośnie podpowiadało mu, że zwierzenie się z niego nie zostanie przez nią dobrze przyjęte... Że w jakiś sposób ich od siebie odsunie.
Odpowiedź Colette jednak z każdym słowem uświadamiała mu jak nieuzasadnione były to myśli. Bo choć nie mówiła niczego, czego sam już wcześniej racjonalnie nie próbował sobie w głowie tłumaczyć, to jednak usłyszenie tego wszystkiego na głos i to właśnie z jej ust, okazywało się wszystkim, czego w tym właśnie momencie potrzebował. — Przepraszam — szepnął jej do ucha, gdy i jej tłumione emocje w końcu przebiły się na powierzchnię. Przyciągnął ją mocno do siebie i trzymał w ramionach, pozwalając jej płakać, samemu roniąc jeszcze kilka łez i szukając większych słów na opisanie tego, co właśnie czuł, ale w gardle miał chwilowo wielką pustkę. — Dziękuję. I przepraszam — powtórzył tym razem w jej włosy. Chciał ją chronić, nie mówiąc o własnych obawach i wyrzutach sumienia, a tak naprawdę tylko wzmagał jej własny strach. Nie takie miał intencje, ale tak właśnie było. — Słyszę. I też tego nie chcę — zapewnił ją twardo, obejmując dłońmi jej twarz i kciukami zbierając z niej resztki łez, których niedbały ruch Colette nie przetarł. Lekki uśmiech powoli przedarł mu się przez całą tę falę emocji na usta. — Mówił ci już ktoś, że jesteś wyjątkowa? — zaczął, sam jeszcze nie wiedząc, gdzie go słowa zaprowadzą. — Jesteś taka silna. Choć teraz może ci się wydawać, że nie, ale tak, jesteś, silniejsza ode mnie. Walczysz do końca i nie uciekasz od trudnych rozmów. Choćby postawił przed tobą kilometrowy mur, ty i tak znajdziesz szczelinę. Z początku myślałem, że to dobre w podróży, w szukaniu wyjść z niełatwych sytuacji, ale jesteś więcej niż dobrym towarzyszem wojaży. Dla mnie znaczysz znacznie więcej. I zrobię wszystko, by ten strach nas dalej nie paraliżował — zakończył obietnicą i delikatnym przyciągnięciem jej twarzy bliżej swojej, by mógł złożyć na jej ustach niespieszny pocałunek. — Zaczniemy od pełnoprawnej randki, gdzieś na mieście, wśród ludzi... co ty na to?
Odpowiedź Colette jednak z każdym słowem uświadamiała mu jak nieuzasadnione były to myśli. Bo choć nie mówiła niczego, czego sam już wcześniej racjonalnie nie próbował sobie w głowie tłumaczyć, to jednak usłyszenie tego wszystkiego na głos i to właśnie z jej ust, okazywało się wszystkim, czego w tym właśnie momencie potrzebował. — Przepraszam — szepnął jej do ucha, gdy i jej tłumione emocje w końcu przebiły się na powierzchnię. Przyciągnął ją mocno do siebie i trzymał w ramionach, pozwalając jej płakać, samemu roniąc jeszcze kilka łez i szukając większych słów na opisanie tego, co właśnie czuł, ale w gardle miał chwilowo wielką pustkę. — Dziękuję. I przepraszam — powtórzył tym razem w jej włosy. Chciał ją chronić, nie mówiąc o własnych obawach i wyrzutach sumienia, a tak naprawdę tylko wzmagał jej własny strach. Nie takie miał intencje, ale tak właśnie było. — Słyszę. I też tego nie chcę — zapewnił ją twardo, obejmując dłońmi jej twarz i kciukami zbierając z niej resztki łez, których niedbały ruch Colette nie przetarł. Lekki uśmiech powoli przedarł mu się przez całą tę falę emocji na usta. — Mówił ci już ktoś, że jesteś wyjątkowa? — zaczął, sam jeszcze nie wiedząc, gdzie go słowa zaprowadzą. — Jesteś taka silna. Choć teraz może ci się wydawać, że nie, ale tak, jesteś, silniejsza ode mnie. Walczysz do końca i nie uciekasz od trudnych rozmów. Choćby postawił przed tobą kilometrowy mur, ty i tak znajdziesz szczelinę. Z początku myślałem, że to dobre w podróży, w szukaniu wyjść z niełatwych sytuacji, ale jesteś więcej niż dobrym towarzyszem wojaży. Dla mnie znaczysz znacznie więcej. I zrobię wszystko, by ten strach nas dalej nie paraliżował — zakończył obietnicą i delikatnym przyciągnięciem jej twarzy bliżej swojej, by mógł złożyć na jej ustach niespieszny pocałunek. — Zaczniemy od pełnoprawnej randki, gdzieś na mieście, wśród ludzi... co ty na to?
about me
I am my mother's savage daughter
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice
The one who runs barefoot
Cursing sharp stones
I am my mother's savage daughter
I will not cut my hair
I will not lower my voice

oczuła spokój, gdy wreszcie zrozumiała, że jej słowa dotarły do Algernona. Nie chciała, aby obwiniał się za coś, czego absolutnie nie był winny. Potrzebowała czuć go po swojej stronie, a w chwili, w której ją objął, właśnie tak się stało.
— Jak jeszcze raz przeprosisz, to się wkurzę — zażartowała ostrzegawczo, starając się zaśmiać przez łzy.
Byli w drodze od dawna, chociaż ostatni rok spędzili w Lorne Bay, to łączyła ich też ta metaforyczna definicja podróży, jaką odbyli. Coco, wyruszając z Perth, przygotowana była na to, że nie będzie im łatwo, że przyjdą chwile, w których wspólne spędzanie dni może okazać się nie lada wyzwaniem. Nie sądziła jednak, że największym wyzwaniem okaże się dla nich powrót do miejsca, z którego ona pochodziła. Jakby znów dotarła do korzeni, które usilnie trzymały ją w tym punkcie i co prawda wszystko wskazywało na to, że i Algie chciał zostać w Lorne Bay, ale na jak długo? Jak wiele jeszcze zniesie, zanim uzna, że to miejsce jednak nie okazało się takim rajem, jakim powinno? Sytuacja z Winterween idealnie to odzwierciedlała, a chociaż Colette była nią przerażona, to chyba jeszcze bardziej bała się tego, że mogłaby okazać się ona początkiem końca ich przygody z Lorne Bay.
Ich wspólnej przygody.
— Ty? Może raz, ale zdecydowanie powinieneś to częściej powtarzać — znów starała się zażartować i uśmiechnąć, po tym, jak Algernon przetarł jej policzki. — Dziękuję, dziękuję za każde słowo, ale też nie mogę się zgodzić z tym, że jestem silniejsza... Jestem raczej bardziej spanikowana, żeby nie powiedzieć zdesperowana, bo ja już sięgnęłam dna i za nic w świecie nie chcę ponownie tego robić, a wiem, że właśnie takie... trudne sytuacje są idealnym zaczątkiem do tego, aby zacząć się staczać. Nie chcę więc tego, nie chcę się bać i trochę egoistycznie wierzę w to, że jak ty nie będziesz się bać, to i mi pójdzie łatwiej. — Przyznała szczerze, nie udając, że miała cokolwiek pod kontrolą. — Tak więc wcale taka silna nie jestem. Boję się jak cholera, ale jeszcze bardziej boję się utonąć — dodała, a gdy Algernon zaproponował wspólne wyjście, uśmiechnęła się ponownie, chociaż jednocześnie dziwny ucisk w sercu sprawił, że przez sekundę nie mogła nabrać powietrza. Czemu pomyślałam o Ephraimie w takiej chwili? To żenujące i krzywdzące zarazem — przeszło jej przez myśl, gdy poczuła odrazę do siebie samej.
— Brzmi intrygująco — odparła. — Aż mi się zamarzyło znów zjeść tę cudowną sałatkę z kumkwatem w tej niewielkiej knajpie przy plaży, co ty na to? Może tam pójdziemy? — zaproponowała, starając się nie myśleć już o niczym ani o nikim poza Faulknerem i planami, jakie zaczęli snuć na najbliższą przyszłość.
Koniec
algernon faulkner
— Jak jeszcze raz przeprosisz, to się wkurzę — zażartowała ostrzegawczo, starając się zaśmiać przez łzy.
Byli w drodze od dawna, chociaż ostatni rok spędzili w Lorne Bay, to łączyła ich też ta metaforyczna definicja podróży, jaką odbyli. Coco, wyruszając z Perth, przygotowana była na to, że nie będzie im łatwo, że przyjdą chwile, w których wspólne spędzanie dni może okazać się nie lada wyzwaniem. Nie sądziła jednak, że największym wyzwaniem okaże się dla nich powrót do miejsca, z którego ona pochodziła. Jakby znów dotarła do korzeni, które usilnie trzymały ją w tym punkcie i co prawda wszystko wskazywało na to, że i Algie chciał zostać w Lorne Bay, ale na jak długo? Jak wiele jeszcze zniesie, zanim uzna, że to miejsce jednak nie okazało się takim rajem, jakim powinno? Sytuacja z Winterween idealnie to odzwierciedlała, a chociaż Colette była nią przerażona, to chyba jeszcze bardziej bała się tego, że mogłaby okazać się ona początkiem końca ich przygody z Lorne Bay.
Ich wspólnej przygody.
— Ty? Może raz, ale zdecydowanie powinieneś to częściej powtarzać — znów starała się zażartować i uśmiechnąć, po tym, jak Algernon przetarł jej policzki. — Dziękuję, dziękuję za każde słowo, ale też nie mogę się zgodzić z tym, że jestem silniejsza... Jestem raczej bardziej spanikowana, żeby nie powiedzieć zdesperowana, bo ja już sięgnęłam dna i za nic w świecie nie chcę ponownie tego robić, a wiem, że właśnie takie... trudne sytuacje są idealnym zaczątkiem do tego, aby zacząć się staczać. Nie chcę więc tego, nie chcę się bać i trochę egoistycznie wierzę w to, że jak ty nie będziesz się bać, to i mi pójdzie łatwiej. — Przyznała szczerze, nie udając, że miała cokolwiek pod kontrolą. — Tak więc wcale taka silna nie jestem. Boję się jak cholera, ale jeszcze bardziej boję się utonąć — dodała, a gdy Algernon zaproponował wspólne wyjście, uśmiechnęła się ponownie, chociaż jednocześnie dziwny ucisk w sercu sprawił, że przez sekundę nie mogła nabrać powietrza. Czemu pomyślałam o Ephraimie w takiej chwili? To żenujące i krzywdzące zarazem — przeszło jej przez myśl, gdy poczuła odrazę do siebie samej.
— Brzmi intrygująco — odparła. — Aż mi się zamarzyło znów zjeść tę cudowną sałatkę z kumkwatem w tej niewielkiej knajpie przy plaży, co ty na to? Może tam pójdziemy? — zaproponowała, starając się nie myśleć już o niczym ani o nikim poza Faulknerem i planami, jakie zaczęli snuć na najbliższą przyszłość.
Koniec
algernon faulkner

