agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Przetaczająca się nad miastem burza zdawała się czerpać swe źródło w jego umyśle. Ciężkie krople deszczu, opadające agresywnie na ostatnich wieczornych spacerowiczów, działały na niego hipnotyzująco; niemal, kołysany sennością tego miasteczka, nie zatrzymał samochodu na czerwonym świetle. Z piskiem opon zdołał jednak zahamować, wpatrując się w zniekształconą przez strugi wody twarz, wykrzykującą pod jego adresem inwektywy. Czy mogło mieć to jakieś znaczenie? Nie, nie w obliczu tych kilku krótkich dni, których ogrom, obserwowany teraz z dystansem, zdawał się mu częścią snu. Jakim cudem siedział bowiem żywy, poobijany w samochodzie pożyczonym od znajomych Diany, kiedy w mieszkaniu, które wynajął przez internet od jakiejś dziewczyny o imieniu Poppy, spał mężczyzna, którego jeszcze tydzień temu chciał zabić?
Kilkakrotnie się pogubił, nim odnalazł odpowiednią ulicę. Przejeżdżając wolno rozświetlonym osiedlem, wokół którego zebrane palmy kołysały się złowrogo za sprawą podmuchów burzowego wiatru, czujnie wypatrywał odpowiedniego numeru. Szanse na powodzenie misji miał raczej niewielkie, ale jako że w całym Queensland znał tylko Diane, musiał powołać się na swą przeszłość. Takim oto sposobem zaparkował samochód na podjeździe willi należącej do doktora Wainwrighta. Profesora.
Miał naturalnie świadomość nieuczciwości, którą się kieruje. Nie należał nigdy do grona osób niegrzecznych; zresztą, ta jego potrzeba przypodobania się każdemu sprawiła, że nie radził sobie za dobrze w agencji. Kiedy więc zastukał kilkakrotnie w drzwi majestatycznego budynku, gotowy był na usłyszenie słów odmowy i krytyki. Nie widzieli się przecież kilka lat. Nie znali nigdy aż tak dobrze. A w rozmowie, którą odbyli przed kilkunastoma dniami — kiedy Cassius planował dopiero przyjazd do Lorne Bay, niepewny jeszcze nadciągających dni — ustalili, że spotkają się k i e d y ś. A to równoznacznie było z “nigdy, chyba że czystym przypadkiem”.
Dobry wieczór — rzekł podniesionym głosem, przekrzykując świst wiatru, gdy twarz jego rozświetlona została blaskiem docierającym z wnętrza budynku. Z trudem utrzymywał nad głową ciemną parasolkę, myśląc o tym — co było groteską w obliczu powagi spraw, które ciemną, grubą linią oddzielały obecnie teraźniejszość z przeszłością, którą nazywał już ubiegły miesiąc — że w Canberrze pogoda była lepsza i gorsza jednocześnie; bo choć tu dało się oddychać i nie zwracać większej uwagi na prażące słońce, tam, w stolicy, chyba nigdy nie padało. — Przepraszam, Walterze, że nachodzę cię o tej porze. Wydaje mi się jednak, że tylko ty jesteś mi w stanie pomóc — i to wcale nie w dochodzeniu, czy Ben Carson w istocie jest cudotwórcą neurochirurgii.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
Głośne stuk puk odciśnięte na stalowej powierzchni drzwi, naniosło na usta smak konkretnego imienia.
Benjamin? miał zapytać po pokonaniu pięciu, być może sześciu kroków, odsłaniających przed oczyma świat utkany z deszczu i burzowych chmur, z którego sam wyłonił się kilka minut temu. To dlatego blada połać twarzy przyozdobiona była kropelkami deszczu, hebanowe włosy muśnięte wiatrem, a brama do posiadłości niezamknięta, umożliwiając niezapowiedzianemu wizytatorowi gładki podjazd pod sam dom. Od ścian odbiły się echem donośne szczeknięcia zaskoczonych psów, a Walter, przemierzając korytarz prowadzący do wyjścia, układał w głowie odpowiednie słowa. Miał wspomnieć coś o tym, że tamtego wieczora go poniosło i nie myślał rozsądnie — gdyby mógł cofnąć czas (jakże banalne sformułowanie), naturalnie postąpiłby inaczej. Gotów był zaprosić go do środka, wręczyć do dłoni ciepły kubek zielonej herbaty albo butelkę tego paskudnego, kokosowo-karobowego napoju (który ze względu na Benjamina wciąż zalegał na półkach jego lodówki), szczegółowo i ze skruchą przeprosić, a potem poświęcić resztę nocy na przeanalizowanie ich problemów.
Ale za drzwiami nie spostrzegł wcale Benjamina.
Na szarej, zmęczonej kilkunastogodzinnym dyżurem twarzy zakwitło zdziwienie, rysując się zmarszczkami na przyprószonym deszczem czole, w przystawionych ku sobie brwiach i ustach rozsuniętych w pół słowa, jakby aparat mowy ogłosił właśnie “błąd krytyczny”, zawieszając na moment cały system. — Dobry wieczór — wydobył z siebie w końcu, po kilku dłużących się sekundach skoncentrowanych na próbie nadania majaczącej przed nim twarzy konkretnego nazwiska i pozbycia się z organizmu zaskoczenia, jakim było niedojrzenie przed sobą Benjamina. Był pewien, że to on. — Wejdź do środka — zaproponował, choć wyrażenie to skierować miał do całkiem innej osoby. Cofnął się na dwa kroki i zatoczył powłóczysty łuk prawą ręką, skierowaną w stronę salonu — miało to być swojego rodzaju dodatkowym zaproszeniem, tym razem niewerbalnym. — Postaram się sprostać tym oczekiwaniom, Kasjuszu — obiecał, wyginając kącik ust w delikatnym uśmiechu rozbawienia, choć niezupełnie dopisywał mu dziś humor. Czekając, aż mężczyzna odsunie znad głowy ciemną parasolkę, wyginającą się przy każdym silniejszym podmuchu wiatru, a potem złoży ją z trudem przed drzwiami, odprowadził go wzrokiem do wnętrza domu. Zauważył, że blada, wzorzysta w drobne zmarszczki skóra pokryta jest licznymi krwiakami, a łuk brwiowy, podobnie jak górna warga ust, udekorowany w zakrzepły zygzak krwi. — Ciężkie dni w pracy? — zagadnął, odcinając drzwiami przepływ mokrego, chaotycznego powietrza z zewnątrz.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Ciężkie dni w pracy, do tej pory, oznaczały niemożność odnalezienia zagubionej teczki z raportem; czasem gonitwę za osobą, która stała na czele komitetu spraw ważnych, a więc: w swym biurku skrywała firmową, urodzinową kartkę dla jakiegoś solenizanta, na której każdy złożyć musiał staranny podpis z zabawnymi życzeniami. Nikt nie traktował Cassiusa poważnie i on sam poważnie nie traktował nikogo; tęskniąc za medycyną, nazbyt był dumny by przyznać matce, że miała co do niego rację. Jak zawsze. (Ale czy nie oznaczałoby to także, że nie myliła się gdy dzwoniąc do niej tuż po oświadczynach, bo przecież uwielbiała Deborah, zamiast gratulacji — jak zwykle, bez ceregieli — powiedziała: to nie jest kobieta dla ciebie, synu. To nie jest osoba, z którą powinieneś spędzić życie?)
Wchodząc do tegoż zamczyska, pilnowanego przez stado nieufnych psów (posłał im zaledwie krótkie spojrzenie, ignorując tupot łap stawianych tuż obok niego) wiedział, że naturalnie zepchnąć będzie musiał to wszystko na swoją pracę — tak daleki od niej nie był jednak jeszcze nigdy. I czuł się z tym wspaniale. — Można tak powiedzieć — odparł więc, nie kłamiąc, ale i nie wyjawiając mu prawdy. Wątpił, by Waltera interesowały szczegóły jego życia; między innymi właśnie dlatego był rad, że Wainwright mieszkał właśnie w Lorne Bay. — Oczekujesz kogoś — wtrącił, rozglądając się po pomieszczeniach. Nie było to pytaniem; wystarczyło jedno wejrzenie w jego zaskoczone, niepewne oczy by zrozumieć, że nie jego spodziewał się ujrzeć po drugiej stronie drzwi. — Wolisz, żebym sobie poszedł? — zrozumiałby. Przystanął i odwracając się ku niemu uśmiechnął się przepraszająco — jeśli w czymś mu przeszkodził, choć wiązałoby się to z bólem, powróciłby pod płachtę deszczowej, nieco chłodnej nocy. Co prawda chodziło o czyjeś życie — życie mężczyzny, któremu pragnął przed kilkoma dniami je odebrać — ale przecież by coś wymyślił.
Jedną z opcji było włamanie się do miejskiej kliniki.
Masz w domu przyrządy medyczne? — spytał mimo wszystko. Tajemniczo, ale przecież pytanie pasowało to do stanu, w jakim się znajdował.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
W ogólnym rozrachunku — bo przecież w życiu, by nie postradać rozumu, właśnie takie podsumowania należy robić — darzy te trzy parszywe bestie swoją sympatią. W młodości (wczesnej, sprowadzającej jego wiek do jednej tylko cyfry, bo przecież to nie tak, że teraz jest stary) nie zezwalano mu na naruszenie pedantycznej, nieskazitelnej bieli domowych kafelek odciskami psich łap i był niezwykle z tego powodu niezadowolony. Uważał wówczas, że zwierzęta pełnią godniejszą funkcję towarzystwa od ludzi, ale pewnie po prostu już wtedy czuł się okropnie samotny. Teraz, posiadając je w tak dużej, głośnej ilości, momentami naprawdę ich nie lubi — przede wszystkim podczas dni czy nocy, kiedy wraca do domu po kilkunastogodzinnym dyżurze, przesiąknięty interakcjami z rozgniewanymi, rozkrzyczanymi tłumami; takimi domagającymi się jego uwagi i pomocy, że nienawidzi każdej innej, choćby najmniejszej namiastki podobnego zainteresowania jego osobą. A wtedy trafia na nie, rozentuzjowane, robiące niemal już piruety w powietrzu, merdające ogonami to w prawo, to w lewo i czekające, aż ułoży na nich swoją rękę, aż je pochwali miękkim i ciepłym tonem głosu, maszerujące za nim krok w krok i przyglądające się z zaciekawieniem wszystkiemu, co robi. I choć przyznanie tego sprawia mu trudność, bowiem czuje się wówczas jak najpodlejszy z potworów, w takich chwilach tych psów nienawidzi. Jest gotowy pchnąć na oścież drzwi, otworzyć bramę i krzyknąć, by uciekały (bez jego pozwolenia przecież by tego nie zrobiły), by nigdy już nie wracały, by przepadły w atramentowej ścianie nocy i dały mu spokój. Czasem pragnie gdzieś je wywieźć (nie porzucić luzem na ulicy i odjechać z piskiem opon, bo tak okrutny nie będzie nigdy), może do schroniska, a może gdzieś na farmę (tam też skierował swoje zwierzęta Benjamin, jak kiedyś mu powiedział). Ale potem, za każdym razem, po kilku godzinach snu, to pragnienie mija. I wtedy lubi je na nowo, nie tylko dlatego, że są jego kolejnym sukcesem medycznym (pragnięto skazać je kiedyś na uśpienie, miały zbyt wiele zdrowotnych problemów) w jego życiorysie, ale też za to, że czekają na niego zawsze, niezależnie od obecnego nastroju i ostrych słów, że nie przejmują ich jego dokonania, że po prostu są tu dla niego, a on czasem też jest tylko dla nich. Ale dzisiaj znów go męczą. Dlatego nie ocenia bruneta za chłodne powitanie tych czworonogów, a po prostu pozwala roznieść się po pogrążonemu w śnie domostwie głośnemu i krótkiemu gwizdnięciu, które przekazuje tym psom: chodźcie za mną. — Przepraszam na moment — mówi, prowadząc psy do tej części domu, w której może pozbawić się ich obecności. Nie może znieść myśli, że te pałętać mogłyby się pod jego i Cassiusa nogami. Wracając (cholera, chyba zaczyna już powłóczyć stopami), znów przygląda mu się z zaciekawieniem. I niemym pytaniem: cholera, dlaczego po prostu nie możesz być Hargrovem?Z nikim się nie umówiłem — w obliczu rozwidlenia dróg, przed jakimi stoi jego odpowiedź, decyduje się na ścieżkę okrężną; taką chytrą, bo szczerą, ale niezdradzającą za wiele. Oczywiście kogoś oczekuje, ale dociera już do niego, że tej niezapowiedzianej wizyty po prostu się już nie doprosi. — Nieszczególnie — odrzeka, kiedy Cassius zastanawia się, czy lepiej nie dać już dzisiaj Walterowi spokoju. Zdumiewa go szczerość zakorzeniona w tej krótkiej odpowiedzi — faktycznie wizja czyjegoś towarzystwa (nie tych przeklętych psów), wydaje mu się całkiem pożądana. W ostatnich dniach nie zdarza się bowiem często, by ktoś niezwiązany z nim bezpośrednio szpitalem, wypełniał sobą jego dom i oczekiwał rozmowy. — Naturalnie. Zamierzasz je zarekwirować w imieniu prawa? — pyta z łagodnym przekąsem, mającym służyć im za rozładowanie zagęszczonej od niepewności i odnowionemu po latach kontaktu, atmosfery. — Planujesz dzisiaj wrócić do swojej wzgardzonej profesji medycznej? — Nie stara się nawet ukryć swojego zaciekawienia, wynikającego nie z tego, że oblewa go sceptycyzm i żelazne oddanie zasadom (bo może przyczynić ma się właśnie do nielegalnych działań, może powrót do niezgłębionej odpowiednio praktyki okaże się dla nieznanej mu osoby śmiertelny i nieszczęśliwy), a z potrzeby zajęcia swoich myśli czyimś odległym, obcym mu życiem. — Mam po nie pójść już teraz? — Z tego powodu — tej niewiedzy — nie zajmuje miejsca na fotelu, ani nie pyta konwencjonalnie, czy mężczyzna czegoś się napije, a stoi wciąż w jednym miejscu, przypatrując mu się wyczekująco.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Z cieniem ulgi skinął mu głową; za słowami tymi — z nikim się nie umówiłem (przecież jest późno, burza sieje spustoszenie, kto się umawia o takiej porze) — kryło się naturalnie jakieś niedomówienie. Ale ktoś może przyjść, tak? gotów był zapytać, ale wiedział, że Walter by mu to po prostu zakomunikował. Z całą pewnością nie uśmiechałoby się mu tłumaczenie nikomu kim jest Cassius i z jakiego powodu tu przyszedł; naturalnie, o ile nic się w jego charakterze przez te długie lata nie zmieniło.
Wdzięczność wynikająca z ciszy (psy szczekały jeszcze, jakby manifestując swe oburzenie, gdzieś w tle) i prywatności pozwoliła mu się nieco rozluźnić; echo wspomnień z tego dnia (chryste, ale dni potrafią być nieznośnie długie!) wciąż żywe jednak było w jego całym ciele. Cas co prawda sądził, że zdołał się opanować — przed wyjściem z mieszkania raz jeszcze oblał twarz zimną wodą, a także zdołał się opanować (cóż, tego, co się stało, zmienić już nie można było — wobec tego należało powiedzieć tylko “trudno” i przejść dalej, z podniesioną głową wkroczyć w jakiś nowy rozdział życia, którego nikt się nie spodziewał) ale lekko opuchnięte oczy i zaróżowione usta niosły na sobie jeszcze wspomnienie wylewanych tego wieczora łez.
Trochę się z tego powodu wstydził.
Uśmiechnął się lekko. Zdał sobie jednak sprawę, że swoją wizytą może ściągnąć na Waltera niebezpieczeństwo; że też wcześniej wydawało się mu to zwykłą przyjacielską przysługą. — Jeśli zamkniesz oczy, będziemy mogli raczej założyć, że ci je ukradłem — wyjawił półgłosem, a niedawna pewność zamknięta została chyba w innym pokoju, wraz z gromadą psów. Tak miało być lepiej — jeśli Walter, zmuszony do udzielenia odpowiedzi, wyznałby, że został okradziony. Jednak jaki złodziej zamiast po drogocenne przedmioty, sięgnąłby do szafki z medycznym wyposażeniem? Poszarzał lekko na twarzy, wciąż jednak odsuwając od siebie myśli o tym, jak bardzo — to było pewne — spieprzył dziś swoje życie. — Właściwie… — zaczął, wdzięczny za zmianę tematu; nie mógł odsuwać w nieskończoność istoty swojej wizyty, ale choć gonił go czas, przez chwilę chciał pożyć w świecie beztroski. Przeszłości. — Zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu. Powiedziałem ci co prawda, że nadal pracuję w agencji, ale moje życie wcale nie jest… cóż, nie było tak brawurowe, jak mogłoby się z moich relacji zdawać — posłał mu uśmiech. Ten sam, którym uśmiechał się do niego na wykładach, kiedy wszystko jeszcze wyglądało zupełnie inaczej. — Zajmuję się głównie papierami. I mam przeważnie sporo wolnego czasu, więc od jakiegoś czasu zakradałem się do prosektorium — zdradził z dumą; choć nie mógł praktykować medycyny, podglądanie innych przy pracy — nawet tej, w której należało odkryć powody czyjegoś zgonu — zdawało się mu fascynujące. Dużo lepsze, niż wykonywanie zadań przydzielonych mu przez agencję. — A dzisiaj… Dzisiaj przekonamy się, czy faktycznie mógłbym do tego wrócić — uśmiechnął się, choć wizja nadciągających godzin zdawała się nagle paraliżująca. A co jeśli Jonel nie przeżyje? Co jeśli podczas nieobecności Casa postanowił uciec? I co jeśli ci sami ludzie, którzy… Co jeśli jeszcze dziś odnajdą ich kryjówkę?
Tak. Walter, ja je będę musiał zabrać. Wszystko, co masz — rzekł z powagą. Nie pytał, nie prosił. Pomyślał, że jeśli Wainwright odmówi, będzie musiał odłożyć na bok wszelkie grzeczności. — Ale chciałbym, żebyś najpierw pomógł mi z tym — powiedział, podchodząc nagle bliżej, choć bez odpowiedniej stanowczości. Podciągnąwszy rękawy bluzy ukazał mu piekące wciąż przetarcia i zadrapania zdobiące jego nadgarstki; jakby jedyne potwierdzenie tego, że został przecież — choć teraz brzmiało to tak dziwnie — tego ranka uprowadzony.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
Nawet o tym nie pomyślał. Gdyby ścianę utkaną z deszczu przecięła teraz benjaminowa sylwetka (och, on przecież zawsze przybywał wraz z deszczem), nie musiałby tłumaczyć się z odwiedzin Cassiusa. Hargrove mu ufał (u f a ł — czas przeszły jest ważny, bo już nigdy mu na powrót nie zaufa) i nigdy nie posądziłby o zdradę. Poza tym Walter nawet nie podejrzewa, że późnonocna wizyta dużo młodszego mężczyzny mogłaby prezentować się w dwojaki sposób i wzbudzić pewne wątpliwości.
Jeśli moi pacjenci czegoś mnie nauczyli, to tego, żeby nie zamykać przy nich oczu. A przynajmniej nie na dłużej, niż ułamek sekundy — z mrugania zrezygnować przecież nie może. Zresztą, ten żart i tak jest kiepski — nie ma teraz humoru na dowcipy, chyba nigdy go nie ma, Walter rzadko posługuje się tego rodzaju figlarnością. Wyznanie dotyczące prosektorium brzmi już jednak jak pełnomocny żart — przez moment Wainwright przygląda się Cassiusowi z konsternacją, a potem delikatnie się uśmiecha. — Mam nadzieję, że tylko obserwujesz tam innych przy ich pracy — mówi zaczepnie i wciąż nie ściąga z bruneta swojego przenikliwego wzroku. — Jeśli będziesz wybierał towarzystwo zmarłych od tych żyjących, niedługo zmienisz się we mnie, uważaj — przestrzega go, a potem pozwala zakwitnąć na twarzy grymasowi niezadowolenia — Curium szczeka tak głośno, że mógłby pobudzić wszystkie duchy. Te psy znają dyscyplinę, są dobrze wytresowane — a jednak czasem są równie nieznośne, co zwierzęta przypadkowo pochwycone z ulicy. Przypomina mu się, jak Benjamin zawsze je uciszał — nie potrzebował do tego ani surowego tonu, ani wydawanych komend i pstrykania palcami. To już kolejna sytuacja, w której by mu się przydał. Kolejna, kiedy jego nieobecność zdaje się nie do wytrzymania.
Cassius — wzdycha z czymś na kształt troski i delikatnego rozczarowania, wpatrując się w odsłonięte przed jego oczyma nadgarstki udekorowane w sznyty. Ton jego głosu sugeruje, jakoby brunet zrobił to sobie samodzielnie, mimo że Walter przestrzegał go kilkakrotnie; nie doskoczysz tam, więc po co próbujesz? “Jesteś świetny w medycynie, więc na co ci ta agencja federalna?”
Trzeba je oczyścić. To rany po czym? Po sznurze? Mogą być w nich jeszcze włókna — ocenia, przyjmując swój profesjonalny ton głosu, a potem wykonuje dwa kroki do przodu i ujmuje w swoje dłonie ręce bruneta. Przypatruje im się jeszcze przez moment, a potem podnosi wzrok na jego napuchnięte niedawnym płaczem oczy. — Pomogę ci, Cassius. I nie będę pytać. Ale następnym razem musisz pójść do kogoś innego, rozumiesz? — potwierdzenia szuka w jego tęczówkach, ale napotyka tam na coś całkiem innego. — Chyba że podejrzewasz, że następnego razu nie będzie. — Podobny cień desperacji i oczekiwania na najgorsze widział nieraz u swoich pacjentów. U Cassiusa wolałby nie dostrzec go nigdy.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Póki jeszcze był w tym zbyt dużym i pustym domu, wśród ścian którego królowały wyłącznie pełne złości i niezrozumienia dźwięki psów (Deborah błagała go, by adoptowali jakąś przybłędę; Cas czasem żałował tych swoich słów odmowy, ale chwile taka jak ta udowadniały mu tylko, że nie był na życie tego typu gotowy), mógł udawać, że w jego świecie niewiele się zmieniło. Że wyznaczony był poprzez granice prosektorium, biurowca i znużenia wynikającego z małżeńskiego życia. Że ważne w nim były tylko wspomnienia, że obejmowały sobą tak często Waltera. I że jeszcze wtedy, gdy Harvey żył, a on kładąc się nocą do łóżka żałował pierścionka, który w przypływie zgubnych uczuć wcisnął na nieodpowiedni palec (chociaż w jakiś sposób Debrę kochał; wtedy może mocniej i bardziej szczerze, niż dzisiaj) nie byłby w stanie uwierzyć, że kiedykolwiek znajdzie się w tym domu.
I że będą wówczas sami, a roztaczająca się nad miastem nocna burza brzmieć będzie jak koniec świata.
Kiedy więc się zaśmiał, nie było to spowodowane wyrazem kurtuazji; każdy dowcip, jakby padłby z jego ust, wydobyłby z niego szczere emocje. — Byłbym z tego powodu szczęśliwy — odparł z jakąś nagłą dozą zawstydzenia; przez cały okres studiów marzył o tym, by być takim samym, jak on. Być może dlatego, że tylko to było wówczas realne — Walter zdawał się być szczęśliwy w swym małżeństwie, a Ariadne miłość miała wypisaną na twarzy. Mimo to Cas znajdował się w tejże bałamutnej grupie studentów, którzy u w i e l b i a l i stawiać zakłady na temat wierności ich małżeństwa. I teraz to on był tutaj, nikt inny.
Jakże chciał się tym delektować choćby przez chwilę.

Nie pamiętam — odparł więc w końcu wbrew sobie, z cieniem złości i rozczarowania. Przez ten krótki czas planował nie wracać do mieszkania znajdującego się w Opal Moonlane; gdyby tylko mógł, zostałby tutaj i udawał, że wydarzenia tego dnia nie miały miejsca. Ale ta jego niepamięć była prawdziwa: myśli skupione tylko na ucieczce, śmiertelnych strzałach i mężczyźnie, który mógł właśnie umierać otoczony samotnością, nie pozwoliły mu przypomnieć sobie konkretnych elementów porwania. — Rozumiem — rzekł więc krótko, kiwając przy tym niewinnie głową. Bez słów wyjaśnień. Bez podziękowań i rozwinięcia obawy, że być może następnego razu faktycznie nie będzie, bo Cassius nie wydusi już od życia tak pieprzonej ilości szczęścia. Może miał umrzeć, i może umrzeć miał przez Jonela — ciężko byłoby to jednak wyjaśnić komuś takiemu, jak Walter. — Skoro Benjamin wyjechał, jesteś już wolny? — spytał, bo skoro wisiała nad nim jakaś groźba śmierci, wszystko inne przestało być przerażające. Odwaga pozwoliła mu nawet wykonać kolejny krok do przodu; przyjeżdżając tutaj być może od samego początku liczył nie na pomoc, a chwilową ucieczkę.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
Okrywanie wyciągniętych naprzód ramion operacyjnym fartuchem, bladoniebieskim jak tlenek manganu przekomarzający się z wodnistym roztworem, a potem manewrowanie nimi przez kilka — częściej kilkanaście — godzin, pochylanie karku wbrew prośbom umęczonego, zmachanego i kapryśnego kręgosłupa, wypowiadanie wojny nogom chcącym opaść bezwładnie ku twardej posadzce, wszystko to wydaje mu się znacznie (o kilka światów i galaktyk, od wszystkich odkryć pierwiastków chemicznych, o każdą chorobę i każdą śmierć) łatwiejsze od tej chwili. Nie dlatego, że tęczówki niższego o (być może mniej, być może nieco więcej) dziesięć centymetrów mężczyzny odwiedzającego go bez zapowiedzi dzisiejszego wieczora są w tym świetle — przytłumionym nocnym filtrem, zroszonym mgiełką księżyca i otoczonym pomarańczowym promieniem wydostającym się z żarówek — tak wściekle, intrygująco niebieskie, znów przypominając mu jon dodany do otchłani splecionej z wody. Nie dlatego, że ten chabrowooki człowiek posyła mu swoje uznanie i sympatię udekorowane uśmiechem pełnym zainteresowania, na które i Walter bezwiednie wykrzywia usta w nieco obolałym i zgaszonym, ale wciąż ciepłym grymasie. A dlatego, że przyznanie — nie tylko przed sobą samym, ale i przed Othello, w końcu, po tych nieszczęsnych czterdziestu latach — że ma p r o b l e m y, że potrzebuje p o m o c y, jest ledwie wstępem do rekonwalescencji, a nie antidotum samym w sobie. Że jego pieczołowicie wypielęgnowany świat obrosnął nagle chwastami i utracił nasycone barwy zieleni i błękitu, przybierając kolor brązowo-rdzawej spalenizny. Świadomość tego, że nigdy nie spoglądał na ów świat obiektywnie, że umyślnie starał się nie dostrzegać rozrastających się tam mankamentów, godzi go w serce prawie z tak samą siłą, jak zdanie: skoro Benjamin wyjechał, przez które Walter upuszcza z uścisku kasjuszowe dłonie i spogląda na niego trochę nieobecnie. Jesteś już wolny? także dźwięczy mu pośród umysłu, a Wainwright dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że owszem, w istocie nie ma już nikogo — poprawka: nie ma Benjamina. I chyba już rozumie. To, dlaczego blondyn nie zatrzymywał go tamtego wieczora i dlaczego nie dotarł jeszcze pod drzwi jego domu. Chciał wyjechać i wyjechał. Zostawił Waltera, a Walter zostawił jego. A teraz tak bardzo pragnie nie zdradzić się z tym odkryciem przed Cassiusem — nie chce pytać, skąd się o tym dowiedział (oczywiście, że Ariadne ma w tym swój udział), ani nie chce dać po sobie poznać zaskoczenia i jakichkolwiek cząstek rozpaczy (nie, nie, wystarczy, że brunet przywędrował tu z oczyma udekorowanymi w niedawny płacz i ze słowami pełnymi braku nadziei). Powtarza więc sobie: to nic takiego, Benjamin po prostu wyjechał, a nawet gdyby tego nie zrobił, i tak nie byłoby mowy o powrocie i przyłapuje się na tym, że kolejną reakcją, poza oderwaniem swych dłoni od palców Cassiusa, było opuszczenie ich wraz ze wzrokiem ku ziemi. Teraz bowiem wpatruje się gdzieś w okolice klatki piersiowej mężczyzny, tej odzianej w szmaragdowy materiał i unoszącej się miarowo w rytm spokojnych (teraz chyba przyspieszających?) oddechów, więc dźwiga spojrzenie nieco wyżej, co uświadamia mu, jak blisko siebie się już znajdują — rozwarte delikatnie usta Cassiusa są tak wyraźne, że Walter mógłby poczuć uciekające z nich oddechy na swojej skórze, a może i na własnych wargach. Ale przecież nie chce. Nie wypowiedział tego nigdy na głos — choć zapewne powinien był — ale Benjamin zdawał mu się jedynym mężczyzną, z którym Walter mógłby związać się w ten szczególny, konfidencjonalny sposób. Ale Benjamin wyjechał. Zostawił Waltera, a Walter zostawił jego. — Jestem. Ale ty nie jesteś — szepcze raczej, niż używa pełni mocy swojego głosu i przesuwa wzrokiem jeszcze trochę ku górze. Znów te chabrowe oczy. I nagle też własna dłoń, która trochę bezwiednie dobiega do czupryny w migdałowym kolorze i kąsa delikatnie jej pasma koniuszkami palców. Włosy Benjamina były jaśniejsze, gładsze, dłuższe. Te są szorstkie i kłujące, co — wolałby tego nie wiedzieć — całkiem mu się podoba. Skupiona wokół ust membrana ciepłej skóry także gryzie go w opuszki, kiedy to po niej poczyna sunąć dotykiem. Kilkudniowy zarost układa się między palcami inaczej niż zadbana, pieczołowicie przystrzyżona broda o nieznacznej długości, która dotychczas muskała jego ciało. Powinien przestać. Musi przestać, bo Benjamin, bo Ariadne i Deborah. Bo Walter jest s m u t n y (jakże niespotykane odkrycie — jak niedopasowany do jego organizmu element, który trzeba wymienić), a Cassius pogrążony w widmie nadchodzących problemów, być może śmierci. Bo Walter się tak nie zachowuje — każdy podarowany komuś pocałunek i dotyk oznacza coś więcej, niż “tak akurat chcieliśmy, mogliśmy, to nic poważnego”. Bo zdradziłby Benjamina; ale Benjamin wyjechał. Zostawił Waltera, a Walter zostawił jego. Ta myśl go irytuje — zbiór tych ośmiu liter wywołuje w nim gniew, a także dopisana do nich osoba. Pragnie wyrzucić Benjamina ze swojej głowy. Nie wyobrażać sobie kroków stawianych w Nowym Jorku, nowej posady, nowego garnituru, nowych znajomych i nowego baru. “Przed tobą było k i l k a (—naście? —dziesiąt? —set?) osób”. U Waltera tylko Ariadne i Benjamin. Pomiędzy dwa improwizowane pocałunki z osobami, którym nie pozwolił na nic więcej. Niegdyś trzy — Hargrove przez kilka godzin, dni, miesięcy zaliczał się do niespodzianek, mających się już nie powtórzyć. Dotyk jego ust złożonych na ustach Waltera pochłaniał wówczas za dużo przestrzeni w jego umyśle; nie potrafił rozwikłać jego zamiarów. Teraz jest inaczej — Ariadne poznała wszystkich studentów swojego męża; wpuszczał ją w każdy materialny zakątek swojego życia, poza własnym sercem i (jak wyartykułował mu to niedawno psycholog) poza pomieszczeniami skrytymi wewnątrz myśli. “Większość z nich odpadnie po pierwszym roku” mawiał, a ona się uśmiechała. “Większość z nich odpadnie już teraz, bo jesteś dla nich za surowy” wykładała mu i dodawała cicho “za moich czasów nie było takich przystojnych studentów”, co zbywał niepodrobioną obojętnością — nie interesowało go to, ale okłamywał siebie myśląc, że tego nie zauważył. “Niektórzy są wpatrzeni w ciebie jak w obrazek” nadmieniała, a on znów nie reagował, choć w i e d z i a ł. Teraz także wie, co oznacza ta gęsta cisza i głośna bliskość; pytanie, które kilka lat wcześniej przebrałby w byle dowcip. Więc pozwala opaść głowie ku jego twarzy, a tę odnalezioną twarz unosi ku swojej — zaczepia palce na podbródku Cassiusa i nieznaczną mocą włożoną w ten gest delikatnie zadziera do góry. Przymyka oczy i wodzi koniuszkiem nosa, skrawkiem czoła i własnym policzkiem po jego policzku, a cały świat nagle pustoszeje. Natrafia wargami na cienko skrojone, miękkie usta, z którymi poczyna dzielić się tym samym kawałkiem powietrza, ale wtedy trafia go niechciana świadomość; uderza w niego tak drastycznie, jak podmuch wichury rozgrywającej się na zewnątrz. Benjamin, Benjamin, Benjamin. To nie Cassiusa teraz potrzebuje, nie jego ust dotyka w myślach, nie jego sylwetkę przyciąga ku sobie zaczepioną na plecach dłonią. Dlatego otwiera oczy i zmienia ustawienie swojej głowy, próbując ukryć ją w zagłębieniu między szyją, a ramieniem bruneta — wtedy zauważa rubinową plamkę; jakby kleksa powstałego z atramentu na jego skórze. — Krwawisz. Na karku — uświadamia go i złączony wciąż w specyficznym uścisku, układa dłonie na jego plecach. Najpierw uchyla materiał bluzy — bardzo delikatnie, by nie naruszyć ewentualnej rany, do której mogła się przykleić — i zerka na odsłoniętą skórę. Później ostrożnie sunie koniuszkami palców po potylicy bruneta i pomiędzy krótkimi pasmami włosów próbuje natrafić na możliwe zgrubienia, przyspieszające rytm jego oddechu — takie to do niego niepodobne, tak nieznośnie prymitywne, a jednak boi się, że Cassiusowi dolega coś poważnego. Bo Walter przecież odmawia zajmowania się osobami, które doskonale zna lub znał wieki temu.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Typowe studenckie zakłady przeważnie tyczyły się wyłącznie tych profesorów, którzy w ten czy inny sposób byli zajęci. A Walter Wainwright przez kilka miesięcy znajdował się na ich czele.
Zabawnie było myśleć o tym w tej właśnie chwili, nakreślonej niepewnością i żalem; przyjaźń była przecież jedynym, co do tej pory mogli sobie zaoferować, choć żaden z nich nigdy nie odważył się na użycie tak szczególnego określenia. Może po prostu znajomość; pośród uporu, licznych zmagań i zapewniania przyjaciół z kierunku, że u d a się mu zniszczyć cudze małżeństwo, jedynym jego osiągnięciem było zwrócenie na siebie uwagi Waltera. W sposób kompletnie wyzbyty cielesności; masz wyjątkowy talent mawiał tylko, wciskając w cassiusowe dłonie opasłe tomy wybiegające swą treścią poza zakres wiadomości, jakie należało na jego kierunku przyswoić. Cas zawsze zastanawiał się, czy Walter naprawdę widział w nim wyłącznie spragnionego wiedzy chłopaka; nadgorliwego, narzucającego się, nazbyt ambitnego, czy też z powodu kurtuazji udawał, że nie dostrzega istoty jego prawdziwego zainteresowania.
Pewność wygranego zakładu była więc pierwszą z myśli którą napotkał wraz z podarowanym mu dotykiem. Tworzący się na twarzy uśmiech ocierał się raczej o wyobrażenie sobie min przyjaciół, którzy towarzyszyli mu na studiach; może nie przekonał Waltera do siebie wtedy, ale przynajmniej teraz osiągnął swój cel — kilka lat i doświadczeń później. I dopiero kiedy usta ich złączyły się w pocałunku, Cas wyrzucił przeszłość z pamięci; był już tylko Walter i ta sama nadgorliwość, która towarzyszyła im od początku znajomości. Przez chwilę pozwala sobie się w tym zatracić (nie myślał, tak jak Walter, o nikim innym — nawet o Deborah, której ducha nie potrafiło nawet wywołać wcześniejsze wskazanie nie jesteś wolny), chcąc wciąż więcej i bardziej, ale nawet w jego myślach czaiła się pewność, że nie jest to dobrym pomysłem.
Zadowolenie się jednak tylko tą chwilową bliskością i kilkoma pocałunkami było niewystarczające.
Och — wymamrotał tylko, z rozszalałym sercem i niespokojnym oddechem. — To raczej nic poważnego — powiedział jeszcze w nadziei, że porzucą tę sprawę i wzajemnie pomogą sobie w ucieczce; Cas był jednak świadom nieobecności Waltera i goryczy, którą spijało się wraz z rozstaniem — wspomnienie utraty Jamesa, choć od tamtych dni minęło wiele lat, wciąż przychodziło mu z bólem. Pozwalając mu więc na tę t r o s k ę, obiecał sobie poczekać — jeśli bowiem istniała szansa na to, że w Lorne Bay zostanie na dłużej, zamierzał pewnego dnia powrócić do utraconych pocałunków. — Dlaczego zerwaliście? — spytał, zadzierając głowę ku górze — tak, by znów mogli na siebie spoglądać.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
Pamięta mroźne, bostońskie poranki — te zasnute gęstą, popielatą mgłą i opatulone podkręconym niemal do maksimum ogrzewaniem — kiedy docierał go najpierw wyrazisty, aromatyczny zapach świeżo zaparzonej kawy, a dopiero później donośny odgłos kłykci uderzających do drzwi jego sali. Obaj byli zawsze przed czasem, zawsze ten sam wygodny kwadrans po otwarciu uczelni, pozostawiający aż czterdzieści pięć minut na kreatywne zabicie czasu. Nie mogę jej przyjąć mawiał, uprzednio prosząc, by brunet za sobą nie zamykał. To przecież t y l k o kawa; poza tym liczyłem, że pomożesz mi z pewną zagwozdką otrzymywał w odpowiedzi, a ów zagwozdka dotyczyła czasem działu neurochirurgii, rzadziej kardiologii, momentami transplantologii. Ariadne spała wówczas w rozległej, skąpanej w przyjemnym mroku sypialni jego domu, oczy mając otworzyć dopiero po siódmej; a on nie chciał być w progach ów budynku, kiedy się to stanie. Zamiast szybkich i sytych śniadań ze swoją żoną, wybierał powolne i niskokaloryczne konsultacje z kubkiem kawy i jednym ze swoich najpilniejszych studentów. Nie przyjeżdżał w to miejsce tak wcześnie dla niego — a jednak nie przeszkadzało mu, kiedy w pewnym momencie ów poranne spotkania stały się ich małym rytuałem. Cassius przyjemnie odciągał jego uwagę od bieżących problemów (wówczas nie miał ich zresztą wcale tak dużo; nie przekroczył jeszcze czterdziestu lat, a niesnaski rodzinne wraz z rodzicami i rodzeństwem pozostawił w Australii) i teraz także to robi: samą swoją obecnością, urzekająco niewinnymi uśmiechami i ciepłymi spojrzeniami działa na Waltera tak k o j ą c o. Nawet kiedy brwi Wainwrighta ściągają się w zaniepokojeniu, a wzrok próbuje napotkać na kolejne przecięcia skóry, jest w tym coś odciążającego — jakby te perturbacje (choć skomplikowane i niebłahe) łatwiej było mu unieść od jego własnych. — Raczej nic poważnego? Mogłeś doznać niebłahego urazu, Cassius. Wstrząs. Krwiak. Możesz nie być nawet w pełni świadomy tego, co teraz robisz — wykłada mu z rozdrażnieniem; przecież brunet wie, jak bardzo Walter nie lubi bagatelizowania tego typu problemów. Głównie jednak wścieka się na siebie samego — zainicjował przecież coś (może i po wyraźnych zachętach bruneta, ale to wciąż on jest tym, który ów pocałunek rozpoczął), co mogło okazać się Cassiusa nieświadomą pomyłką. — Powinieneś był pojechać do szpitala, nie do mnie. Potrzebujesz tomografii; mogę cię tam zawieźć — proponuje (choć może i nie jest mu to na rękę; dopiero co wrócił z tego miejsca, ale i tak czuje się teraz w obowiązku odpowiednio o niego zadbać), wodząc po jego miękkiej, ciepłej skórze i gładkim materiale bluzy swoimi dłońmi — teraz raczej jako lekarz, a nie osoba próbująca swoich uwodzicielskich zdolności. W pierwszej kolejności mości palce na jego twarzy; już nie przy podbródku, który pragnie zadrzeć ku swoim ustom — teraz koniuszek kciuka umiejscawia na kształtnym łuku jego brwi, a drugą dłoń trzyma w okolicy kości policzkowej. — Nie mrugaj tyle. I nie patrz na mnie w ten sposób — upomina go z cieniem rozpychającego się w kącikach ust uśmiechu. Stara się ocenić szerokość źrenic, w których odbijają się smugi światła zawieszonego nad ich głowami — chwilę później znów obejmuje go za nadgarstek, naciskiem palca środkowego i wskazującego kontrolując puls jego krwi. — To pozbawione sensu. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to przeze mnie, czy przez jakiś uraz — wzdycha znów z tym lekkim, nieprzystającym do okoliczności rozbawieniem; niezwykle ciężko jest mu jednak odgrodzić się od tego, do czego przed momentem dopuścili. Stara się więc nie koncentrować na myśli, że to on doprowadził go do uciekających z piersi oddechów i hucznych uderzeń serca — nieoczekiwanie posłane mu pytanie dotyczące Benjamina skutecznie zresztą odciąga od tego jego uwagę. — Nie sądzisz, że to pytanie za bardzo narusza moją i jego prywatność? — pyta uprzejmym, a jednak delikatnie ostrzegającym tonem; jakby samym naruszeniem jego prywatności nie było wcześniejsze splecenie się ich ciał, dotyków, warg i oddechów (być może po czymś takim faktycznie nie istniały już tematy zakazane; tylko że to przed momentem zaprezentowane mu zainteresowanie dotyczyło także Hargrove’a — a poza tym Walter niekoniecznie potrafi udzielić mu odpowiedzi). Wzrastający na sile hałas dobiegający z tej odseparowanej części domu, w której uprzednio zamknął stado rozszczekanych psów podsyła mu do głowy pewien ryzykowny pomysł, nad którym jeszcze się waha. — Cassius. Muszę cię poprosić, żebyś chociaż przez najbliższe dwa kwadranse udawał, że do niczego między nami przed momentem nie doszło. To bardzo, bardzo ważne — ton jego głosu przybiera nazbyt poważny odcień — jakby sprawa dotyczyła życia i śmierci (poniekąd tak właśnie jest), a dłoń zjeżdża z przegubu cassiusowego nadgarstka na jego palce, z którymi najpierw się splata, a później ciągnie je za swoją oddalającą się sylwetką. Walter prowadzi ich n a g ó r ę— do swojej sypialni. Miejsca, które poza Ariadne, Benjaminem i pracownikami podczas budowy domu, nie oglądał nikt inny. — Ostatnio rzadziej bywam w domu; są przez to podenerwowane. Nieznośnie się rozbestwiły — tłumaczy cztery domagające się ich uwagi kreatury, których szczek cichnie w czterech precyzyjnie skrojonych ścianach; tą po prawej zdobią drzwi prowadzące do łazienki, naprzeciwko z kolei znajduje się przejście do niewielkiego gabinetu połączonego z garderobą — to właśnie tam Walter trzyma przybory medyczne i apteczkę. W tym pokoju dodatkowo zadbał o najlepsze oświetlenie, dedykowane wieczorom spędzonym z przepasłą książką. — Usiądź. Najlepiej byłoby, gdybyś ściągnął bluzę; nie chcę przeoczyć czegoś, przez co później twoja ż o n a mogłaby mnie zamordować — och, jakby już teraz nie miała ku temu powodów — wspomina o niej umyślnie: te błahe powroty do rzeczywistości działają na niego jak kubeł wyjątkowo zimnej wody. Prosząc go, by usiadł, ma na myśli raczej fotel ustawiony w kącie pokoju — zdecydowanie nie łóżko, które jako pierwsze przyciąga uwagę. Znika następnie za jedną z trzech połaci drzwi, wyławiając z odpowiednich wnęk odpowiednie przedmioty.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
agent fbi — szukający mordercy ojca
29 yo — 180 cm
Awatar użytkownika
about
If he's as bad as they say, then I guess I'm cursed looking into his eyes, I think he's already hurt
Mogłem być przede wszystkim martwy.
Wobec komizmu tego stwierdzenia — nudna biurowa praca, wytyczanie ścieżek dla innych i przysłuchiwanie się wyłącznie cudzym opowieściom, z równie znużonym “och” i “ach”, odcisnęły na nim jakby mylne wrażenie, że nigdy nie spotka go nic złego: ani w pracy, ani podczas przemierzania miejskich labiryntów — nie był w stanie przejąć się ani możliwym wstrząsem bądź krwiakiem. Miał wrażenie, że skoro uniknął śmierci, uniknie wszystkiego — jeśli nie przez całe swoje życie, to przez najbliższą przyszłość. — Jestem jak najbardziej świadomy — odpowiedział więc ze śmiechem, przyznając, że nawet jeśli Walter odgrywał wyłącznie rolę lekarza, wszystkie te muśnięcia jego ciała były przyjemne. — Poza tym c z u j ę, że to nic takiego — bo oczywiście gdyby było inaczej, wiedziałby. Wiedziałby, tak samo jak zdawało się mu, że wie o każdym nadciągającym piorunie i nagłym przejawie złości Deborah, którego nic przecież wcześniej nie mogło zapowiedzieć. Cassius pozwał się jednak dotykać, ze spokojem przymykając czasem oczy (poza tym jednym momentem, podczas którego Walter wymusił ich otwarcie — wykorzystał ten moment, by znów, mimo straconej chwili, spojrzeć na niego z pożądaniem) jako że to wszystko było i tak lepsze, niż poświęcanie myśli temu, co się stało przed kilkoma godzinami. Każde wręczane mu przez Waltera słowo było cieplejsze niż myśli o powrocie i o ucieczce. — Nie mam jeszcze pewności, ale wydaje mi się, że kilka osób mogłoby pragnąć mojej śmierci. Więc nie, Walter, nie mogę pojechać do szpitala — poza tym, to nie on powinien drżeć o swoje zdrowie; był ciekaw, czy gdy wróci do mieszkania, mężczyzna, którego śmierci pragnął jeszcze tego ranka, faktycznie będzie martwy. I choć to takie niedorzeczne, abstrakcyjne i bezlitośnie uwierające, Cass skupił swe wszystkie myśli na jednym pragnieniu: niech żyje. Niech to wszystko przeżyje.
Oczywiście, że przez ciebie — prychnął, odgradzając się znów od Brutusa. Od śmierci. — W pewien sposób wciąż widzę w tobie profesora. A teraz w dodatku jeszcze lekarza. Musisz mi wybaczyć, że tak mocno ponosi mnie teraz w y o b r a ź n i a — śmiejąc się zastanawiał się, czy Walter robi to wszystko specjalnie; mimo wszystko abstrakcyjny zdawał się mu świat, w którym nie tylko się całowali, ale i dążyli do umocnienia tej chwili w swoim życiu. Bo wszystko to, co mówił Walter, wydawało się mu zaproszeniem; tym, na które czekał od tak wielu lat. — Uważam, że o takich sprawach lepiej jest porozmawiać — wzruszył ramionami, niedbale i obojętnie. Tak naprawdę go to nie obchodziło, to znaczy — nie w sposób, który mógł naruszyć czyjąkolwiek prywatność. Interesowało go wyłącznie to, czy jest to rozstanie definitywne.
Ale może nie musiało wcale takim być. Mógł zadowolić się czymkolwiek; mógł odegrać każdą rolę, skoro i tak spoglądał w przyszłość z niepokojem. Nie liczyli się ani Deborah, ani Benjamin. Ani Adria, ani Brutus. Ważna była tylko ta chwila. — Dwa kwadranse — powtórzył tak, jakby jeszcze się zastanawiał. Wahał. Może w istocie tak było; miał w końcu spędzić tu krótką chwilę i jak najprędzej powrócić do mieszkania, z którego wiedział, że nie odejdzie potem zbyt prędko. Pozwolił się mu jednak poprowadzić nieznanym sobie szlakiem; i tak ciężko było mu myśleć o tym, jak to najgorszy dzień jego życia może być jednocześnie jednym z tych najlepszych. — Może je komuś oddaj — rzucił niedbale, wyłącznie dlatego, że powiedzieć coś wypadało. Psy go jednak nie interesowały, nie w tej chwili, nie tej nocy; może gdyby przyszło im poruszyć ich temat podczas przypadkowej pogawędki telefonicznej, Cass byłby bardziej zaangażowany i pomocny — tymczasem miał ochotę zasugerować, by Walter przez jakiś czas starał się w ogóle o nich nie myśleć.
On sam skupiał bowiem myśli wyłącznie na tym, co obaj mogli sobie dać. Ofiarować. Mimo żony czekającej na niego tysiące kilometrów stąd — Cass ponownie prychnął, nie ukrywając swojego rozbawienia; był pewien, że Deborah już znalazła prawnika do ich nadciągającego rozwodu. — Nie musisz się nią przejmować — odpowiedział, zgodnie z jego zaleceniem pozbywając się bluzy. Może nie odbywało się to wszystko w sposób, do którego przywykł, i może przy tym wszystkim się denerwował — w końcu chodziło o Waltera — ale odkładając ubranie na fotelu uśmiechnął się lekko, a następnie przysiadł na skraju łóżka. A gdy mężczyzna powrócił do sypialni, Cass uśmiech ten zainfekował niepewnością; myślał już o tych wszystkich ich wspólnych porankach, debatach nad literaturą i tak nieznośnej, pozbawionej nadziei zwykłej znajomości. — Podobam ci się? — a pytając o to, z powagą i determinacją, pożałował tylko, że jednak ściągnął z siebie wyłącznie bluzę.

walter wainwright
neurochirurg w cairns hospital — too busy to be heartbroken
44 yo — 192 cm
Awatar użytkownika
about
i'm sleepin' fine. i don't mean to boast but i ONLY dream about you once or twice a night (at most)
Najpierw zadziera rękę — nieznacznie, ledwie na wysokość serca, by chwilę później zegarek opasający jego smukły nadgarstek wskazał kilka minut po północy. To nie jest pora dedykowana rozmowom; ani tym szeptanym, wysączonym leniwie podczas improwizowanych pobudek, ani dywagującym na rozległe sprawy dnia codziennego. To godzina zapisana dla dalekich skoków: przemieszczania się pomiędzy jedną fazą gładkiego, intymnego i bezszelestnego snu, a drugą. W świecie skrojonym z śnieżnobiałych, starannie złączonych grubą nicią kitli lekarskich, ów pora jednak nie istnieje — teraz, pomiędzy jedną symfonią śmiechu perlącą się na cassiusowych wargach, a drugą, Walter spostrzega, że brunet także został okradziony ze swojego rytmu; nawet jeśli pokreślił swoją medyczną karierę kształtnym krzyżykiem odciśniętym z czerwonego atramentu.
Pragnie wyznać mu, że po północy nikt nie bywa odpowiednio świadomy. Wskazać, że on sam, mimo rzetelnych prób zachowania rozsądku i trzeźwego odbioru otoczenia, smuży się przez tę szczególną, nocną mgiełkę, która zmiękcza każdą, nawet najbardziej nieprzystającą decyzję.
Zamiast tego pozwala, by punkt centralny prawej, zawieszonej tylko skrawek nad okiem brwi, uniósł się w wyrazie zaczepnego zaciekawienia. — A co, jeśli te osoby wyśledzą cię nawet tutaj? — pyta, dopuściwszy do siebie w końcu to kuriozalne przeświadczenie, że Cassius dopuścił się czegoś n i e l e g a l n e g o. Czegoś, co mogłoby prawdziwie wstrząsnąć, a potem także zalać płomienną paniką chyba tylko zagorzałego obrońcę prawa; na przykład Benjamina. Na tę myśl kąciki ust Waltera drgają w lekkim, niewypowiedzianym rozbawieniu.
Duże, zawsze ciemne i nieprzystępne tęczówki, po raz ostatni (przynajmniej tutaj: w przejściu pomiędzy salonem, a jadalnią) przepływają po niebieskich oczach mężczyzny, jego ustach układających się w nieprzyzwoite zdania, a także cząstce sylwetki. — Profesora i lekarza zarazem? Atawistyczna kombinacja potrzeb do zjednania sobie autorytetu i złamania zasad — kwituje, wypowiadając aż dwa z dziesięciu grzechów głównych łączenia się w pary. Niegdyś wierzył, że nie sprowadza swojej profesji do intymnych aspektów prywatnego życia; pacjenci pochłaniający go swoimi wielkimi, spragnionymi zaspokojenia oczyma, zawsze go przecież odpychali (wciąż zresztą odpychają) — a jednak przekorne skargi, które regularnie otrzymywał od Ariadne, nieco temu przeczyły. Och, na miłość boską, czuję się jak twój obiekt badań mawiała niecierpliwie zawsze wtedy, kiedy on sam opatrywał swoje płynne, lekarsko delikatne dotyki słowami pełnymi błyszczącej ciekawości: och, poczekaj tak chwilę. A wiedziałaś, co leży w tym miejscu? Czy to nie zdumiewające, że ciało potrafi… Czasem udawała rozgniewaną; a go bawił jej chrześcijański zwyczaj wzywania w tych skargach boskiego imienia, mimo zaręczeń o odcięciu się od wiary. Chryste, jakbym była na placu zabaw z pięciolatkiem śmiała się innymi dniami czy nocami, aż w końcu nie dąsała się wcale — Walter się z n u d z i ł. Jej ciałem, jej słowami i upomnieniami, nią całą. Kilka lat później poznał Benjamina i jego ciekawość znów zabłyszczała ciepło na horyzoncie; teraz zastanawia się, czy i Cassius wzbudza jego zainteresowanie.
Prowadząc mężczyznę po stromych, udekorowanych zdobioną balustradą stopniach schodów, nie obejmuje już delikatnie jego dłoni; wypuścił ją z koniuszków swoich palców zaraz po tym, kiedy wskazał mu odpowiedni kierunek. Teraz słyszy, że powinien oddać swoje psy, o co być może mógłby się pogniewać, gdyby tylko przyjemnie nie oddalało od nich widma osoby, o której pragnie zapomnieć. — Ariadne radziła to samo. Może to z nią powinieneś teraz przebywać? — zastanawia się przekornie, dziwiąc się, że mężczyzna w ogóle poruszył ten temat — wspomniany przez Waltera tylko dlatego, by wytłumaczyć ich małą wędrówkę.
Kilka cichych kroków, jedno domknięcie kremowych drzwi i wiele płytkich oddechów później, znajdują się już w sypialni skrytej wewnątrz centrum górnej kondygnacji. Walter dociska do ciała sterylną kryjówkę na chirurgiczne narzędzia, obejmując ją prawym przedramieniem. W lewej dłoni podryguje mu apteczka, a zza zawiasów w drzwiach wydobywa się ciche skrzypnięcie, kiedy przystaje pomiędzy ich ramami. Zatrzymują go nie tyle własne nogi, co wycyzelowane pytanie. — Masz dziwne postrzeganie czasu, jeśli uważasz, że minęły już dwa kwadranse — zauważa cicho, wpatrując się w majaczącą na skraju łóżka sylwetkę, odartą z górnej części odzienia. — To moja wina. Nie istnieje bardziej jednoznaczne miejsce od tego, do którego sam nieopatrznie cię przyprowadziłem — wydycha z siebie ten żal, który odzywa się w jego klatce piersiowej. Nie zaplanował tego — nie uknuł z przebiegłością cechującą osoby ceniące sobie parne, namiętne zbliżenia z osobami, których więcej miały nie zobaczyć.
Pytanie Cassiusa wciąż jednak rozbrzmiewa echem w jego głowie, odbijając się od poszczególnych powierzchni myśli. — Myślę, że jesteś jednym z tych mężczyzn, z którymi nie powinno zostawać się w odosobnieniu — odrzeka po chwili, rantem przedramienia przylegając do gładkiej framugi drzwi. Nie zamierza naruszyć (przynajmniej jeszcze przez moment) ów bezpiecznego dystansu, który teraz jako jedyny zdaje się ich od siebie odgradzać. — Pamiętasz Ledę Rutgers, moją asystentkę z Harvardu? W pewnym momencie poprosiłem ją, żeby przychodziła także z rana. Właściwie, żeby uczestniczyła swoją obecnością za każdym razem, kiedy wiedziałem, że do mnie zajrzysz. Teraz też przydałby się ktoś taki; ktoś, kto samym swoim towarzystwem wymusiłby przyzwoite zachowanie — nie doprecyzowuje, w kim konkretnie: w Cassiusu, w sobie samym także? Zwykle potrafi odgradzać się grubą, stanowczo namalowaną linią od strefy braku profesjonalizmu — teraz przekracza ją krok po niewielkim kroku, pozwalając, by pobrane wcześniej postanowienie o przeobrażeniu się wyłącznie w postać lekarza, rozwiewało się właśnie wraz z każdym ów stawianym krokiem. Uśmiecha się delikatnie. — Jestem prawie w stanie zobaczyć, jak dopamina wspina się po twoim szlaku mezolimbicznym, skacząc od jednego neuronu, do drugiego. Jak po kolei zgasza diody każdej zgryzoty i wszystkich wątpliwości — śmieje się, przybliżając w groteskowy sposób procesy chemiczne poukrywane wewnątrz głowy. — Cassius, co chciałbyś, żeby się teraz wydarzyło? Co chciałbyś ze mną robić, albo co chciałbyś, żebym ja zrobił? — pyta spokojnie z wbitymi w niego, błyszczącymi zaciekawieniem tęczówkami. Daje mu w y b ó r; taki w odbiorze ów podarowanych mu słów, mogących zabrzmieć albo swobodnie i niewinnie, albo całkiem nieprzyzwoicie. Knightley mógłby odpowiedzieć w końcu: chcę, żebyś opatrzył mi nadgarstki i pożyczył narzędzia chirurgiczne, tak jak wcześniej powiedziałem, lub choćby: żebyś tylko odpowiedział na moje pytanie; ciekawi mnie tylko ten jeden fakt.
sad ghost club
skamieniały dinozaur
ODPOWIEDZ