about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

Szybko okazało się, że nagła zmiana pogody nie jest na rękę nikomu. Działanie generatora prądu nie było bliskie Megan w żadnym możliwym aspekcie, ale sama nazwa mówiła całkiem sporo, a zlepek informacji zawartych w jednym zdaniu spowodował, że śmiało połączyła dwie kropki jakimi były urządzenie i wspomniana benzyna. Podsumowując jedno bez drugiego mogło robić za spory kurzołap. Powerbanka powinna dostać w każdym większym markecie, który posiadał rozwinięty dział elektroniki i jeżeli tylko pozostali mieszkańcy nie wymietli zapasów, kupi nawet dwa dla siebie i Kirka. Mimo, że najpewniej uzna to za coś zbędnego… – Nie boję się burzy, ale wolałabym żeby jej nie było – podzieliła się przemyśleniem, które pasowało do lwiej części społeczeństwa. Pozostali to osoby mające to totalnie w dupie i łowcy burz, ale o nich zdania nie miała.
– Jak to co. Nie oglądasz filmów i seriali? Zastanówmy się… „Kochanie, długo nad tym myślałem, nie chciałem cię martwić i denerwować, ale doszedłem do wniosku, że to nie fair i nie mogę cię dłużej okłamywać. Twoja córka daje dupy gościowi, który miał ją chronić. Myślę, że wykorzystał jej gorszy czas i namówił na seks. Mam na to dowody.” Koniec cytatu – posłała Kirkowi wymowne spojrzenie, które zawierało prosty przekaz „takich scenariuszy mogę ułożyć wiele”. – I w taki sposób mamy przejebane oboje – każdy w tej sytuacji postrzegał siebie jako ofiarę. – Nawet tak nie mów – zasłaniając dłońmi twarz dodała – Spaliłabym się ze wstydu – co ciekawe o ile przed Kirkiem wstydu nie miała za grosz, tak wolała być postrzegana przez resztę, a zwłaszcza przez rodziców, tak jak kiedyś – niewinnie. Tak było prościej.
– Jasne. Miejmy to z głowy. Zrobię listę – machając telefonem przeszła sprawnie do wypisania w notatniku wszystkich niezbędnych rzeczy. Przez to, że nie było ich bardzo długo, lista była imponująca. Prócz żywności, która może przetrwać dłuższy okres czasu, znalazły się tam świeże produkty, bo może w końcu Megan uda się zdrowo odżywiać. – Utyłam przy tobie – stwierdziła nagle. Od dawna nie wchodziła na wagę, jednak była przekonana, że przybrała dobre 3 kilogramy. Spodnie stały się jakieś ciaśniejsze i to wcale nie była kwestia złego programu w pralce. A wina leżała połowicznie po stronie jej i trybu życia jaki była zmuszona ostatnio prowadzić. Szybkie żarcie na stacji i płaszczenie tyłka w aucie nigdy nie sprzyja robieniu formy.
Szybkie zakupy wcale nie okazały się takie szybkie, bo „przed innymi” zechciało zdążyć zrobić zapasy chyba z pół Lorne. Przynajmniej takie wrażenie odniosła Meg. Finalnie na podjazd wjechali z ponad godzinnym opóźnieniem niż pierwotnie zakładali. – Wyglądamy jak Romowie szukający miejsca na świecie – podsumowała otwierając bagażnik. Faktycznie auto było wyładowane do granic możliwości. Walizki, zakupy z Melbourne, zakupy z Lorne, a wisienką na torcie była poduszka. – Pamiętasz gdzie schowałaś klucze? – rozglądając się szybko dostrzegła sąsiada na posesji obok. Starszy człowiek dłubiąc coś przy żywopłocie wpatrywał się z zaciekawieniem na przybyszy, których powrót mógł zwiastować kłopoty. W końcu ostatni ich pobyt należał do średnio udanych zwracając szczególną uwagę na końcówkę. Ta była wręcz wystrzałowa…
Kirk Smythie
– Jak to co. Nie oglądasz filmów i seriali? Zastanówmy się… „Kochanie, długo nad tym myślałem, nie chciałem cię martwić i denerwować, ale doszedłem do wniosku, że to nie fair i nie mogę cię dłużej okłamywać. Twoja córka daje dupy gościowi, który miał ją chronić. Myślę, że wykorzystał jej gorszy czas i namówił na seks. Mam na to dowody.” Koniec cytatu – posłała Kirkowi wymowne spojrzenie, które zawierało prosty przekaz „takich scenariuszy mogę ułożyć wiele”. – I w taki sposób mamy przejebane oboje – każdy w tej sytuacji postrzegał siebie jako ofiarę. – Nawet tak nie mów – zasłaniając dłońmi twarz dodała – Spaliłabym się ze wstydu – co ciekawe o ile przed Kirkiem wstydu nie miała za grosz, tak wolała być postrzegana przez resztę, a zwłaszcza przez rodziców, tak jak kiedyś – niewinnie. Tak było prościej.
– Jasne. Miejmy to z głowy. Zrobię listę – machając telefonem przeszła sprawnie do wypisania w notatniku wszystkich niezbędnych rzeczy. Przez to, że nie było ich bardzo długo, lista była imponująca. Prócz żywności, która może przetrwać dłuższy okres czasu, znalazły się tam świeże produkty, bo może w końcu Megan uda się zdrowo odżywiać. – Utyłam przy tobie – stwierdziła nagle. Od dawna nie wchodziła na wagę, jednak była przekonana, że przybrała dobre 3 kilogramy. Spodnie stały się jakieś ciaśniejsze i to wcale nie była kwestia złego programu w pralce. A wina leżała połowicznie po stronie jej i trybu życia jaki była zmuszona ostatnio prowadzić. Szybkie żarcie na stacji i płaszczenie tyłka w aucie nigdy nie sprzyja robieniu formy.
Szybkie zakupy wcale nie okazały się takie szybkie, bo „przed innymi” zechciało zdążyć zrobić zapasy chyba z pół Lorne. Przynajmniej takie wrażenie odniosła Meg. Finalnie na podjazd wjechali z ponad godzinnym opóźnieniem niż pierwotnie zakładali. – Wyglądamy jak Romowie szukający miejsca na świecie – podsumowała otwierając bagażnik. Faktycznie auto było wyładowane do granic możliwości. Walizki, zakupy z Melbourne, zakupy z Lorne, a wisienką na torcie była poduszka. – Pamiętasz gdzie schowałaś klucze? – rozglądając się szybko dostrzegła sąsiada na posesji obok. Starszy człowiek dłubiąc coś przy żywopłocie wpatrywał się z zaciekawieniem na przybyszy, których powrót mógł zwiastować kłopoty. W końcu ostatni ich pobyt należał do średnio udanych zwracając szczególną uwagę na końcówkę. Ta była wręcz wystrzałowa…
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
Nie przepadam, jest nieobliczalna i potrafi być bardzo niebezpieczna. Burza! Chodziło o burzę oczywiście. Chociaż pasowało też w inne miejsca. Za najgorszy uznawał początek - gdy silny wiatr podnosił pył z ziemi i nie było widoczności a już nie daj Boże dostać nim po oczach. Po chwili zaczynało padać, kurz się kleił i było okay. No, były jeszcze "suche burze" bez deszczu, ale im rzadko towarzyszyły tak silne wiatry.
Mało oglądam, to fakt. Taki scenariusz nie przyszedł mu do głowy. A nie uważał, żeby Will był bardziej lotny niż on. Z drugiej strony - dorośli ludzie uprawiają seks i nie ma w tym nic dziwnego. A raczej uważa cię za dorosłą skoro uznała, że masz sobie dać radę sama. Mnie o pomoc już nie prosiła. Nie, żeby robiła to za pierwszym razem. W sumie zadzwonił Jack, potem jeden z goryli i to tyle. Po kilkudziesięciu godzinach dziewczyna była już u niego w domu. Może nawet bardziej kilkunastu? Nie martw się, raczej nic złego się nie wydarzy. No tak, zostać przyłapanym przez rodziców na seksie lub masturbacji to tak samo wstydliwa sprawa jak w drugą stronę. Niektórzy mówią, ze trauma na całe życie.
Żarcie byle czego, gówniane spanie i alkohol nie są szczególnie zdrowe. Czyli NIE ZAPRZECZYŁ. Chociaż w wypadku tak szczupłej dziewczyny chyba nawet pół kilograma byłoby widoczne. Nie odbierało jej to uroku, wręcz przeciwnie. No ja po tych wakacjach pasek w spodniach noszę głównie dla ozdoby. Bo zrobiły się wyjątkowo opięte... A zrzucenie kilogramów po czterdziestce to nie była już taka łatwa sprawa.
No jest tego od cholery. W małym miejskim autku mogłoby się nie zmieścić. Albo byłoby wyładowane po dach. Kosztowało do tego zdecydowanie więcej niż chciał wydać ale cóż - przygotowania na mniejszy lub większy blackout musiały być przeprowadzone odpowiednio. Nie muszę pamiętać, mam je w kieszeni. Przyzwyczajenia do "świętej trójcy" w postaci portfela, telefonu i kluczy nie dało się wytępić w tak krótkim czasie. Okazało się, że nie będą one konieczne. Na drzwiach zobaczył policyjną plombę. No tak, zniknięcie było w dość dramatycznych warunkach. Gliniarze z Lorne wykazali się jednak "sumiennością" i garaż nie był już zaplombowany. A przez niego dało się przejść do domu. Dobra, zadzwonię po świnie, żeby zdjęli plombę. Zamek nie wyglądał na rozwalony, więc albo w ruch poszedł wytrych albo weszli do domu z jego matką. Wychodzi na to, że do "zaginięcia" podeszli dość poważnie. Potem postawię samochód na parkingu w centrum. Sorki, ale raczej nie mam ochoty na odwiedziny. I "rodzinną" wizytę. Będzie musiał odwiedzić matkę, pewnie lada chwila, żeby pomóc jej zabezpieczyć dom - sama raczej nie da rady a zachował te minimum przyzwoitości. Spodziewał się spektaklu wcale nie gorszego niż ten, który zafundowała im Eve.
Megan Miller
Mało oglądam, to fakt. Taki scenariusz nie przyszedł mu do głowy. A nie uważał, żeby Will był bardziej lotny niż on. Z drugiej strony - dorośli ludzie uprawiają seks i nie ma w tym nic dziwnego. A raczej uważa cię za dorosłą skoro uznała, że masz sobie dać radę sama. Mnie o pomoc już nie prosiła. Nie, żeby robiła to za pierwszym razem. W sumie zadzwonił Jack, potem jeden z goryli i to tyle. Po kilkudziesięciu godzinach dziewczyna była już u niego w domu. Może nawet bardziej kilkunastu? Nie martw się, raczej nic złego się nie wydarzy. No tak, zostać przyłapanym przez rodziców na seksie lub masturbacji to tak samo wstydliwa sprawa jak w drugą stronę. Niektórzy mówią, ze trauma na całe życie.
Żarcie byle czego, gówniane spanie i alkohol nie są szczególnie zdrowe. Czyli NIE ZAPRZECZYŁ. Chociaż w wypadku tak szczupłej dziewczyny chyba nawet pół kilograma byłoby widoczne. Nie odbierało jej to uroku, wręcz przeciwnie. No ja po tych wakacjach pasek w spodniach noszę głównie dla ozdoby. Bo zrobiły się wyjątkowo opięte... A zrzucenie kilogramów po czterdziestce to nie była już taka łatwa sprawa.
No jest tego od cholery. W małym miejskim autku mogłoby się nie zmieścić. Albo byłoby wyładowane po dach. Kosztowało do tego zdecydowanie więcej niż chciał wydać ale cóż - przygotowania na mniejszy lub większy blackout musiały być przeprowadzone odpowiednio. Nie muszę pamiętać, mam je w kieszeni. Przyzwyczajenia do "świętej trójcy" w postaci portfela, telefonu i kluczy nie dało się wytępić w tak krótkim czasie. Okazało się, że nie będą one konieczne. Na drzwiach zobaczył policyjną plombę. No tak, zniknięcie było w dość dramatycznych warunkach. Gliniarze z Lorne wykazali się jednak "sumiennością" i garaż nie był już zaplombowany. A przez niego dało się przejść do domu. Dobra, zadzwonię po świnie, żeby zdjęli plombę. Zamek nie wyglądał na rozwalony, więc albo w ruch poszedł wytrych albo weszli do domu z jego matką. Wychodzi na to, że do "zaginięcia" podeszli dość poważnie. Potem postawię samochód na parkingu w centrum. Sorki, ale raczej nie mam ochoty na odwiedziny. I "rodzinną" wizytę. Będzie musiał odwiedzić matkę, pewnie lada chwila, żeby pomóc jej zabezpieczyć dom - sama raczej nie da rady a zachował te minimum przyzwoitości. Spodziewał się spektaklu wcale nie gorszego niż ten, który zafundowała im Eve.
Megan Miller
born to lose live to win
about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

– W rzeczy samej – udała powagę kiwając głową. Kirk czasem mówił jak prawdziwy „dorosły”. Nie wiedzieć czemu kojarzyło jej się to z mądrościami typu „nie wsadzaj palca do kontaktu”. Póki nie upominał i nie cwaniakował, niewinnie się z niego zbijała doskonale zdając sobie sprawę, że trąba powietrzna to nie lekki wiaterek muskający twarz. To coś co zmiata z powierzchni ziemi całe osiedla, sieje zamęt i zniszczenie. Innymi słowy – nic dobrego.
– Kirk, to jest moja matka. Ty nie masz dzieci i nie jesteś dziewczyną, więc ciężko ci zrozumieć jak poczułaby się kobieta wiedząc swoją małą córeczkę z wypiętą dupą na podłodze, którą posuwa starszy gość. Nie skumasz – chłopców wychowuje się ponoć inaczej i jeśli to miało coś wnieść do sprawy, to ona zupełnie nie wiedziała jak to prawidłowo wyłożyć. – Zostawmy ten temat, bo się nie dogadamy – albo znowu posprzeczamy i po co to komu.
– Raczej to się okaże – bo albo szambo się wyleje, albo cała sprawa ucichnie i rozejdzie się po kościach. Z tym jednym małym haczykiem w postaci nośnika, na którym film był. To trochę taki niewybuch, który przetrwa bez echa. A może wypieprzy w powietrze bóg wie kiedy? Niepewność to straszna jędza…
– O, ty też? – aż wychyliła się bardziej żeby ocenić jego siedzącą za kółkiem sylwetkę. W tej pozycji jak nie trudno się domyślić, było to wręcz niemożliwe biorąc pod uwagę kilka kilogramów. – Po tobie to nie widać – a po niej tak skoro nie zbagatelizował sprawy, nie zaprzeczył, ani nie obrócił wszystkiego na korzyść. Nawet jeśli tego nie przemyślał – ona to zapamięta.
– Chociaż tyle – swoje klucze porzuciła w walizce zapominając na kilka tygodni o ich istnieniu. Na dobrą sprawę zastanawiała się czy w ogóle jeszcze tam są. W tej kwestii Kirk był bardziej skrupulatny. A może staromodny? Grunt, że nie musieli przeszukiwać wszystkich doniczek jak to często bywa po długiej nieobecności. Przestrzeń pod nimi była idealna, ale też banalna dla obcych osób chcących się zaopiekować tym co skrywało mieszkanie.
– A co to jest? – pochyliła się nad zabezpieczeniem. Coś podpowiadało, że lepiej tego nie dotykać, chociaż kusiło. – Sam nie możesz tego zdjąć? Nie możesz – odpowiedziała sama sobie zaraz po tym jak wspomniał o policji. – Hm? Ale o czym mówisz? Chcesz jechać do mamy? – Słowo „matka” jakoś nie chciało przejść przez gardło. – Nie zostawisz mnie tutaj samej, no nie? Pojadę z tobą – i bardzo chętnie poznam teściową. Nie wiedzieć czemu bardzo spodobał jej się ten pomysł. Kirk znał całą rodzinę Miller od najgorszej strony i właściwie Megan nie miała przed nim dosłownie żadnych tajemnic. Pora przekonać się jakim człowiekiem jest kobieta, która poruszyła policję w Lorne w sprawie swojego rzekomo zaginionego synka. Ten sam instynkt, który już niejednokrotnie szeptał do ucha w różnych kwestiach, teraz podpowiadał, że Kirk będzie bronił się rękami i nogami przed poznaniem obu pań. Trudno wytłumaczyć ich relacje, ale przecież BYŁ DOROSŁY. Czyżby role nagle się odwróciły? – Pownośmy to wszystko do środka – przez garaż jeżeli jest tylko taka możliwość.
Wnętrze domu miało specyficzny zapach długiej nieobecności. Duchota i kurz potęgował upał nagrzewający niezasłonięte szyby. – Otworzę – uchylając okno w sypialni i kuchni poczuła ruch powietrza, który powinien w ciągu parunastu minut poprawić jakość tego co wdychane trafiało do płuc. Noszenie wszystkich rzeczy, które przywieźli, trwało wieki. Dla chociażby minimalnego porządku walizki i zakupy z galerii wylądowały w sypialni. Cała reszta poszła do kuchni – do segregacji. – Nie mam mocy – naukowo stwierdzono, że biadolenie nic nie daje, ale też nie wadzi, więc wznosząc wzrok ku sufitowi – westchnęła. – Zasnę dziś w ułamku sekundy – zapowiedziała nie próbując nawet myśleć o łóżku. Każda próba położenia się „ na chwilę” skończyłaby się drzemką o nieokreślonej długości. I tak po szybkim przetarciu lodówki ułożyła w niej całą spożywkę dzieląc na górę to co świeże, a na dół to co miało dłuższą datę, ale nadal potrzebowało mniejszej temperatury niż pokojowa. Rozpakowanie walizki w zgodzie z własnym sumieniem pozostawiła na jutro.
Kirk Smythie
– Kirk, to jest moja matka. Ty nie masz dzieci i nie jesteś dziewczyną, więc ciężko ci zrozumieć jak poczułaby się kobieta wiedząc swoją małą córeczkę z wypiętą dupą na podłodze, którą posuwa starszy gość. Nie skumasz – chłopców wychowuje się ponoć inaczej i jeśli to miało coś wnieść do sprawy, to ona zupełnie nie wiedziała jak to prawidłowo wyłożyć. – Zostawmy ten temat, bo się nie dogadamy – albo znowu posprzeczamy i po co to komu.
– Raczej to się okaże – bo albo szambo się wyleje, albo cała sprawa ucichnie i rozejdzie się po kościach. Z tym jednym małym haczykiem w postaci nośnika, na którym film był. To trochę taki niewybuch, który przetrwa bez echa. A może wypieprzy w powietrze bóg wie kiedy? Niepewność to straszna jędza…
– O, ty też? – aż wychyliła się bardziej żeby ocenić jego siedzącą za kółkiem sylwetkę. W tej pozycji jak nie trudno się domyślić, było to wręcz niemożliwe biorąc pod uwagę kilka kilogramów. – Po tobie to nie widać – a po niej tak skoro nie zbagatelizował sprawy, nie zaprzeczył, ani nie obrócił wszystkiego na korzyść. Nawet jeśli tego nie przemyślał – ona to zapamięta.
– Chociaż tyle – swoje klucze porzuciła w walizce zapominając na kilka tygodni o ich istnieniu. Na dobrą sprawę zastanawiała się czy w ogóle jeszcze tam są. W tej kwestii Kirk był bardziej skrupulatny. A może staromodny? Grunt, że nie musieli przeszukiwać wszystkich doniczek jak to często bywa po długiej nieobecności. Przestrzeń pod nimi była idealna, ale też banalna dla obcych osób chcących się zaopiekować tym co skrywało mieszkanie.
– A co to jest? – pochyliła się nad zabezpieczeniem. Coś podpowiadało, że lepiej tego nie dotykać, chociaż kusiło. – Sam nie możesz tego zdjąć? Nie możesz – odpowiedziała sama sobie zaraz po tym jak wspomniał o policji. – Hm? Ale o czym mówisz? Chcesz jechać do mamy? – Słowo „matka” jakoś nie chciało przejść przez gardło. – Nie zostawisz mnie tutaj samej, no nie? Pojadę z tobą – i bardzo chętnie poznam teściową. Nie wiedzieć czemu bardzo spodobał jej się ten pomysł. Kirk znał całą rodzinę Miller od najgorszej strony i właściwie Megan nie miała przed nim dosłownie żadnych tajemnic. Pora przekonać się jakim człowiekiem jest kobieta, która poruszyła policję w Lorne w sprawie swojego rzekomo zaginionego synka. Ten sam instynkt, który już niejednokrotnie szeptał do ucha w różnych kwestiach, teraz podpowiadał, że Kirk będzie bronił się rękami i nogami przed poznaniem obu pań. Trudno wytłumaczyć ich relacje, ale przecież BYŁ DOROSŁY. Czyżby role nagle się odwróciły? – Pownośmy to wszystko do środka – przez garaż jeżeli jest tylko taka możliwość.
Wnętrze domu miało specyficzny zapach długiej nieobecności. Duchota i kurz potęgował upał nagrzewający niezasłonięte szyby. – Otworzę – uchylając okno w sypialni i kuchni poczuła ruch powietrza, który powinien w ciągu parunastu minut poprawić jakość tego co wdychane trafiało do płuc. Noszenie wszystkich rzeczy, które przywieźli, trwało wieki. Dla chociażby minimalnego porządku walizki i zakupy z galerii wylądowały w sypialni. Cała reszta poszła do kuchni – do segregacji. – Nie mam mocy – naukowo stwierdzono, że biadolenie nic nie daje, ale też nie wadzi, więc wznosząc wzrok ku sufitowi – westchnęła. – Zasnę dziś w ułamku sekundy – zapowiedziała nie próbując nawet myśleć o łóżku. Każda próba położenia się „ na chwilę” skończyłaby się drzemką o nieokreślonej długości. I tak po szybkim przetarciu lodówki ułożyła w niej całą spożywkę dzieląc na górę to co świeże, a na dół to co miało dłuższą datę, ale nadal potrzebowało mniejszej temperatury niż pokojowa. Rozpakowanie walizki w zgodzie z własnym sumieniem pozostawiła na jutro.
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
Fakt, nie mam i nie jestem. Do stwierdzenia tego faktu wystarczyłaby dość pobieżna obserwacja. Przynajmniej do drugiej części. Co do dalszej części, zgodnie z sugestią tematu nie podjął. Po co się spierać o takie rzeczy, skoro mają zupełnie inne doświadczenia i zupełnie inna perspektywę. Do porozumienia nie dojdą - jedno z nich musiałoby przekonać drugie. Albo musieliby się pokłócić...
Widać widać. Oczywiście jeśli wie się, na co się patrzy. Potem nadchodzi ten moment, kiedy został przekroczony punkt krytyczny, przybranie na wadze widać na pierwszy rzut oka i człowiek staje się gruby. Czasem nieodwołalnie i na zawsze... Cóż, chudnięcie po czterdziestce było już pewnym wyzwaniem, z którym mało kto chciał się mierzyć. W końcu atrakcyjność w tym wieku była już pojęciem mocno względnym i o ile niektórzy starali się wciąż wyglądać "jak milion dolarów", o tyle coraz większy odsetek miał mniej lub bardziej wywalone na to jak wygląda.
No nie mogę. Powinni od razu po tym jak się "znalazłem", ale zapomnieli. A po prawdzie postąpili bardzo sprytnie - musiał teraz dać znać że nie tylko nie jest już zaginiony ale nawet, że jest już w domu. Z drugiej strony nie na tyle sprytnie żeby sprawdzić, czy garaż jest połączony z domem. Był. Kirk rzucił okiem na swój trawnik - wypalony od słońca. W odróżnieniu od ogrodu rodziców Meg, tutaj nikt nie zaglądał a zraszacz z jakiegoś powodu przestał działać. W sumie wystarczyło, że przez godzinę nie było prądu, o co w sumie nietrudno gdy zbliża się cyklon.
Tak, sama nie da rady z zabezpieczeniem domu, raczej nie ma szans. Dom wielki nie był, ale ona nie miała już czterdziestu lat i nawet te kilkanaście kilogramów stanowiło już pewne wyzwanie. A wokół domu nie brakowało parasoli ogrodowych i innych cudów, które po poderwaniu z ziemi mogły narobić niezłych szkód.
Czy bał się konfrontacji? Odrobinę. Wiedział, że czeka go 110% niezrozumienia zaś Meg może liczyć na tyle surową co niesprawiedliwą ocenę. W końcu w mniemaniu matki "dorobił się" i taka małolata na pewno czyha na jego majątek. Nie było jednak fair trzymać dziewczynę z daleka udając, że nie istnieje. Okay, możesz jechać ze mną. Nie potrwa to dłużej niż dwie godziny. Łącznie ze zmianą samochodu. Miał dość tego Audi.
Nie jest to zły pomysł. Zaduch był straszny. Z zapachem martwej rośliny włącznie. Nawet mało wymagające sukulenty nie przeżyły kilku tygodni tego piekarnika. No cóż, nikt nie zakładał, że potrwa to tak długo. Jeśli chcesz, możesz iść spać, ja ogarnę te okna i ogród u matki. Udało mu się zamaskować nadzieję w głosie. Gdyby postanowiła się przespać, byłoby mu to na rękę. W sumie muszę tylko poczekać na policję. Najlepiej będzie na podjeździe, żeby nie irytowali się, że ich plomby nic nie dały. Zerknął na zegarek. Niedługo powinni tu być, dzwonił po nich niemal kwadrans temu a miasto nie jest duże. Quest był zaś na chwilkę.
Megan Miller
Widać widać. Oczywiście jeśli wie się, na co się patrzy. Potem nadchodzi ten moment, kiedy został przekroczony punkt krytyczny, przybranie na wadze widać na pierwszy rzut oka i człowiek staje się gruby. Czasem nieodwołalnie i na zawsze... Cóż, chudnięcie po czterdziestce było już pewnym wyzwaniem, z którym mało kto chciał się mierzyć. W końcu atrakcyjność w tym wieku była już pojęciem mocno względnym i o ile niektórzy starali się wciąż wyglądać "jak milion dolarów", o tyle coraz większy odsetek miał mniej lub bardziej wywalone na to jak wygląda.
No nie mogę. Powinni od razu po tym jak się "znalazłem", ale zapomnieli. A po prawdzie postąpili bardzo sprytnie - musiał teraz dać znać że nie tylko nie jest już zaginiony ale nawet, że jest już w domu. Z drugiej strony nie na tyle sprytnie żeby sprawdzić, czy garaż jest połączony z domem. Był. Kirk rzucił okiem na swój trawnik - wypalony od słońca. W odróżnieniu od ogrodu rodziców Meg, tutaj nikt nie zaglądał a zraszacz z jakiegoś powodu przestał działać. W sumie wystarczyło, że przez godzinę nie było prądu, o co w sumie nietrudno gdy zbliża się cyklon.
Tak, sama nie da rady z zabezpieczeniem domu, raczej nie ma szans. Dom wielki nie był, ale ona nie miała już czterdziestu lat i nawet te kilkanaście kilogramów stanowiło już pewne wyzwanie. A wokół domu nie brakowało parasoli ogrodowych i innych cudów, które po poderwaniu z ziemi mogły narobić niezłych szkód.
Czy bał się konfrontacji? Odrobinę. Wiedział, że czeka go 110% niezrozumienia zaś Meg może liczyć na tyle surową co niesprawiedliwą ocenę. W końcu w mniemaniu matki "dorobił się" i taka małolata na pewno czyha na jego majątek. Nie było jednak fair trzymać dziewczynę z daleka udając, że nie istnieje. Okay, możesz jechać ze mną. Nie potrwa to dłużej niż dwie godziny. Łącznie ze zmianą samochodu. Miał dość tego Audi.
Nie jest to zły pomysł. Zaduch był straszny. Z zapachem martwej rośliny włącznie. Nawet mało wymagające sukulenty nie przeżyły kilku tygodni tego piekarnika. No cóż, nikt nie zakładał, że potrwa to tak długo. Jeśli chcesz, możesz iść spać, ja ogarnę te okna i ogród u matki. Udało mu się zamaskować nadzieję w głosie. Gdyby postanowiła się przespać, byłoby mu to na rękę. W sumie muszę tylko poczekać na policję. Najlepiej będzie na podjeździe, żeby nie irytowali się, że ich plomby nic nie dały. Zerknął na zegarek. Niedługo powinni tu być, dzwonił po nich niemal kwadrans temu a miasto nie jest duże. Quest był zaś na chwilkę.
Megan Miller
born to lose live to win
about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

Teraz dał jej do myślenia. W ciszy zastanawiała się gdzie to „widać”, które bez problemu dostrzega on, a którego do tej pory nie zarejestrowała ona. Najpewniej doszła do takiego etapu, gdzie ciągłe przebywanie w swoim towarzystwie utrudnia sprawiedliwy osąd. Skoro wspomniał o pasku to logiczne, że chodziło między innymi o brzuch. I nawet jeżeli nie powiedziała tego głośno, to przy najbliższej okazji ukradkiem zbada temat.
– Rzetelnie podchodzą chłopcy do tematu – ze swoją awersją do przedstawicieli sprawiedliwości nie musiała się obnosić na każdym kroku. Kirk znał jej zdanie i rozumiał niechęć. Sam nie miał wielu powodów do pałania sympatią w kierunku mundurowych. Zwłaszcza, że ostatnio mieli wątpliwą przyjemność użerać się z drogówką. Bywały jednak sytuacje, w których konfrontacja była nieunikniona, tak jak dziś. A znając życie i małomiasteczkową ciekawość, na samym zdjęciu plomby się nie skończy. Zaraz padną dodatkowe pytania, niby to w celu podtrzymania luźnej atmosfery. No trudno. Ją raczej nie będą o nic pytać. W końcu nie była nawet współwłaścicielem nieruchomości.
– Jasne – starsza kobieta, w dodatku mieszkająca sama, nie miała możliwości uporania się ze wszystkim w tak krótkim czasie. Co prawda Meg liczyła na szybki wypad i te magiczne dwie godziny nieco ostudziły jej zapał, ale nie dała tego po sobie poznać. Co innego wpaść, pokazać się i zostawić miejsce na domysły, a co innego zostać poddaną masie pytań, bo właśnie coś podobnego przeczuwała. No nic, stawi temu czoła, a ciekawość weźmie górę nad całą resztą.
– Jeśli teraz się położę to wstanę rano – i to wcale a wcale nie była przesada. Zmęczenie, emocje i stres dnia dzisiejszego dał mocno popalić, jednak mimo wszystko nie chciała zostawać tutaj sama, nawet na te dwie godziny. – Szybka kawa i będę jak nowa – klasnęła w ręce wmawiając samej sobie, że jest już o wiele lepiej. Faktycznie napój o kolorze smoły bez mleka i cukru skutecznie rozbudził zmęczony organizm. Nim kofeina rozeszła się po ciele, już sam ohydny, zdecydowanie za mocny smak potrafił postawić na nogi. Z podstępnego planu Kirka nie wyszło więc nic. Meg zaś przeciągając się opuściła dom oceniając zachmurzenie na spore i niepokojące. Powietrze było już nawet znacznie cięższe niż kilkadziesiąt minut temu. Zdecydowanie to co nadchodziło nie miało nic wspólnego z lekkim wietrzykiem i małymi opadami.
Ledwo załadowała się do auta, na podjazd wjechał leniwie radiowóz. Z perspektywy pasażera przez odsuniętą szybę nasłuchiwała rozmowy będąc przez dłuższy czas niezauważoną. Policjancie byli tak zajęci konwersacją z Kirkiem, że nawet nie zwrócili uwagi na zaparkowany pod zadaszeniem wóz. Niedługo później cała trójka zniknęła z pola widzenia wchodząc za róg domu. Najpewniej po to, aby zdjąć plomby – powód, dla którego zostawił wezwani. Obecność Megan została zauważona dopiero w momencie, gdy po skończonych czynnościach mundurowi wsiadali do auta i jeden z nich kiwnął do niej głową na co odpowiedziała pod nosem „ dzień dobry”.
– Ja ci pomogę z tym u mamy – zapewniła gdy Kirk dołączył do niej w samochodzie. Mówiąc to miała nikłą nadzieję, że nieco przyspieszy wizytę, a i uniknie lawiny pytań. Im bliżej do odwiedzin, tym dziwniej się czuła. Stresik? Może mały.
Kirk Smythie
– Rzetelnie podchodzą chłopcy do tematu – ze swoją awersją do przedstawicieli sprawiedliwości nie musiała się obnosić na każdym kroku. Kirk znał jej zdanie i rozumiał niechęć. Sam nie miał wielu powodów do pałania sympatią w kierunku mundurowych. Zwłaszcza, że ostatnio mieli wątpliwą przyjemność użerać się z drogówką. Bywały jednak sytuacje, w których konfrontacja była nieunikniona, tak jak dziś. A znając życie i małomiasteczkową ciekawość, na samym zdjęciu plomby się nie skończy. Zaraz padną dodatkowe pytania, niby to w celu podtrzymania luźnej atmosfery. No trudno. Ją raczej nie będą o nic pytać. W końcu nie była nawet współwłaścicielem nieruchomości.
– Jasne – starsza kobieta, w dodatku mieszkająca sama, nie miała możliwości uporania się ze wszystkim w tak krótkim czasie. Co prawda Meg liczyła na szybki wypad i te magiczne dwie godziny nieco ostudziły jej zapał, ale nie dała tego po sobie poznać. Co innego wpaść, pokazać się i zostawić miejsce na domysły, a co innego zostać poddaną masie pytań, bo właśnie coś podobnego przeczuwała. No nic, stawi temu czoła, a ciekawość weźmie górę nad całą resztą.
– Jeśli teraz się położę to wstanę rano – i to wcale a wcale nie była przesada. Zmęczenie, emocje i stres dnia dzisiejszego dał mocno popalić, jednak mimo wszystko nie chciała zostawać tutaj sama, nawet na te dwie godziny. – Szybka kawa i będę jak nowa – klasnęła w ręce wmawiając samej sobie, że jest już o wiele lepiej. Faktycznie napój o kolorze smoły bez mleka i cukru skutecznie rozbudził zmęczony organizm. Nim kofeina rozeszła się po ciele, już sam ohydny, zdecydowanie za mocny smak potrafił postawić na nogi. Z podstępnego planu Kirka nie wyszło więc nic. Meg zaś przeciągając się opuściła dom oceniając zachmurzenie na spore i niepokojące. Powietrze było już nawet znacznie cięższe niż kilkadziesiąt minut temu. Zdecydowanie to co nadchodziło nie miało nic wspólnego z lekkim wietrzykiem i małymi opadami.
Ledwo załadowała się do auta, na podjazd wjechał leniwie radiowóz. Z perspektywy pasażera przez odsuniętą szybę nasłuchiwała rozmowy będąc przez dłuższy czas niezauważoną. Policjancie byli tak zajęci konwersacją z Kirkiem, że nawet nie zwrócili uwagi na zaparkowany pod zadaszeniem wóz. Niedługo później cała trójka zniknęła z pola widzenia wchodząc za róg domu. Najpewniej po to, aby zdjąć plomby – powód, dla którego zostawił wezwani. Obecność Megan została zauważona dopiero w momencie, gdy po skończonych czynnościach mundurowi wsiadali do auta i jeden z nich kiwnął do niej głową na co odpowiedziała pod nosem „ dzień dobry”.
– Ja ci pomogę z tym u mamy – zapewniła gdy Kirk dołączył do niej w samochodzie. Mówiąc to miała nikłą nadzieję, że nieco przyspieszy wizytę, a i uniknie lawiny pytań. Im bliżej do odwiedzin, tym dziwniej się czuła. Stresik? Może mały.
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
Teraz tak. Przeszło mu przez myśl. Notatkę spisać musieli, ale przynajmniej go nie legitymowali. Urok małych miast. W innych rejonach mówi się "sir" albo "officer" a tutaj policjant to po prostu Pete, dzieciak z sąsiedniej ulicy, cztery lata młodszy od Kirka. Oczywiście miało to też drugą stronę w postacie absolutnego zera anonimowości. Pomimo tajemnicy służbowej niemal każdy wiedział wszystko o wszystkich. W końcu policjancie rozmawiali w domu z partnerkami lub partnerami. A tamci z innymi... I to wszystko w promieniu pięciu-sześciu kilometrów.
Chwilę wcześniej dziewczyna nie dała się odciągnąć od wizji wspólnego zabezpieczania jego rodzinnego domu. Cóż, te dwie godziny były jego zdaniem mocno przeszacowane ale jeśli będzie miał pomoc - będzie mógł pochwalić dziewczynę, że to dzięki jej pomocy uwinęli się szybciej. Więc jak to było z tym kłamstwem w jego wykonaniu?
W każdym razie, po zerwaniu plomb (po których zostały ślady z kleju) Kirk zamknął bramę garażową i wsiadł do samochodu w którym czekała już Meg. Musiał przyznać, że wóz okazał się zaskakująco wygodny, chociaż absolutnie pozbawiony jakiegokolwiek charakteru. Coś jak czarny golf drogiej marki. Kosztowny i całkiem elegancki, jednak tak mało charakterystyczny jak tylko potraficie sobie wyobrazić. Zostawimy grata pod jakimś drzewem? Popatrzył z obawą w niebo. Wyglądało na to, że zaczęło się "zaciągać" znacznie szybciej niż początkowo zakładał. Wyglądało na to, że najgorsze przyjdzie w nocy, co było jego zdaniem najgorszym możliwym scenariuszem. Ponad dekadę temu było podobnie - wówczas nie obyło się bez ofiar i co prawda jego ulica nie ucierpiała, to jednak Lorne było na tyle małym miastem, że niemal każdy znał kogoś, kto stracił wtedy życie.
Droga nie była daleka. Niektórzy mówili, że to idealna wyprowadzka od rodziców - nie widzicie się z okna ale w razie potrzeby bezproblemowo można dotrzeć do siebie pieszo w mniej niż godzinę. A tym razem potrzeba była niewątpliwa.
Matka chodziła już wokół domu, zgarniając drobne bibeloty które mógłby porwać lub zniszczyć wiatr. Zaskoczyła go obecność sąsiada - widocznie po ogarnięciu własnej nieruchomości postanowił pomóc "starszej samotnej pani". Miało to też wzgląd praktyczny - wszakże niezabezpieczone przedmioty z jej posesji mogły uszkodzić jego własność.
O, jesteś. Powiedziała, jakby to było oczywiste. Nie widziała go od tygodni a przez prawie trzy był uważany za zaginionego. Albo znacznie krócej i nie powiadomiła policji o fakcie, że namierzyła go w domku letniskowym. Nie zdążył zamknąć drzwi, gdy usłyszał już instrukcje - pomóż z oknami, ja już prawie skończyłam z ogrodem. Co było nawet widać - w otwartym garażu piętrzyły się rzeczy, których spodziewałby się wokół domu. Z rzeźbami ogrodowymi z włókna węglowego włącznie.
Widać najpierw obowiązki a potem ewentualna połajanka. No tak, przecież zaatakowany mógł odwrócić się na pięcie i z pomocy nici. Jej wzrok spotkał się ze wzrokiem dziewczyny - no tak, nie widziała jej wcześniej. Jak na autostopowiczkę nie kwapiła się do oddalenia się. Przed odsiadką zrobiłeś jakiejś dzieciaka i zapomniałeś mi powiedzieć?! Powiedziała odrobinę zbyt głośno by mogło to umknąć uwadze sąsiada. Dziewczyna nie była mocno umalowana, jednak patrząc na możliwości współczesnych nastolatek mogła mieć równie dobrze 13 jak i 19 lat. Przynajmniej w ocenie starszej pani. Nie, to Megan, moja... dziewczyna. Postanowił nie kłamać a pauza wynikała z tego, że przez sekundę szukał słowa które opisywałoby sytuację bardziej "na okrętkę". Nie znalazł. Matka przerzuciła spojrzenie na niego. Wyrażało one czułe "no chyba cię pojebało".
Megan Miller
Chwilę wcześniej dziewczyna nie dała się odciągnąć od wizji wspólnego zabezpieczania jego rodzinnego domu. Cóż, te dwie godziny były jego zdaniem mocno przeszacowane ale jeśli będzie miał pomoc - będzie mógł pochwalić dziewczynę, że to dzięki jej pomocy uwinęli się szybciej. Więc jak to było z tym kłamstwem w jego wykonaniu?
W każdym razie, po zerwaniu plomb (po których zostały ślady z kleju) Kirk zamknął bramę garażową i wsiadł do samochodu w którym czekała już Meg. Musiał przyznać, że wóz okazał się zaskakująco wygodny, chociaż absolutnie pozbawiony jakiegokolwiek charakteru. Coś jak czarny golf drogiej marki. Kosztowny i całkiem elegancki, jednak tak mało charakterystyczny jak tylko potraficie sobie wyobrazić. Zostawimy grata pod jakimś drzewem? Popatrzył z obawą w niebo. Wyglądało na to, że zaczęło się "zaciągać" znacznie szybciej niż początkowo zakładał. Wyglądało na to, że najgorsze przyjdzie w nocy, co było jego zdaniem najgorszym możliwym scenariuszem. Ponad dekadę temu było podobnie - wówczas nie obyło się bez ofiar i co prawda jego ulica nie ucierpiała, to jednak Lorne było na tyle małym miastem, że niemal każdy znał kogoś, kto stracił wtedy życie.
Droga nie była daleka. Niektórzy mówili, że to idealna wyprowadzka od rodziców - nie widzicie się z okna ale w razie potrzeby bezproblemowo można dotrzeć do siebie pieszo w mniej niż godzinę. A tym razem potrzeba była niewątpliwa.
Matka chodziła już wokół domu, zgarniając drobne bibeloty które mógłby porwać lub zniszczyć wiatr. Zaskoczyła go obecność sąsiada - widocznie po ogarnięciu własnej nieruchomości postanowił pomóc "starszej samotnej pani". Miało to też wzgląd praktyczny - wszakże niezabezpieczone przedmioty z jej posesji mogły uszkodzić jego własność.
O, jesteś. Powiedziała, jakby to było oczywiste. Nie widziała go od tygodni a przez prawie trzy był uważany za zaginionego. Albo znacznie krócej i nie powiadomiła policji o fakcie, że namierzyła go w domku letniskowym. Nie zdążył zamknąć drzwi, gdy usłyszał już instrukcje - pomóż z oknami, ja już prawie skończyłam z ogrodem. Co było nawet widać - w otwartym garażu piętrzyły się rzeczy, których spodziewałby się wokół domu. Z rzeźbami ogrodowymi z włókna węglowego włącznie.
Widać najpierw obowiązki a potem ewentualna połajanka. No tak, przecież zaatakowany mógł odwrócić się na pięcie i z pomocy nici. Jej wzrok spotkał się ze wzrokiem dziewczyny - no tak, nie widziała jej wcześniej. Jak na autostopowiczkę nie kwapiła się do oddalenia się. Przed odsiadką zrobiłeś jakiejś dzieciaka i zapomniałeś mi powiedzieć?! Powiedziała odrobinę zbyt głośno by mogło to umknąć uwadze sąsiada. Dziewczyna nie była mocno umalowana, jednak patrząc na możliwości współczesnych nastolatek mogła mieć równie dobrze 13 jak i 19 lat. Przynajmniej w ocenie starszej pani. Nie, to Megan, moja... dziewczyna. Postanowił nie kłamać a pauza wynikała z tego, że przez sekundę szukał słowa które opisywałoby sytuację bardziej "na okrętkę". Nie znalazł. Matka przerzuciła spojrzenie na niego. Wyrażało one czułe "no chyba cię pojebało".
Megan Miller
born to lose live to win
about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

– Żeby słuchać lamentowania o to jaki to problem był z transportem złomu?- wsuwając między wargi pojedynczy prostokącik gumy orbit wyobraziła sobie wrak przygnieciony przez dorodne drzewo. Fakt faktem, byłby to problem dla matki i jej nowego partnera, ale ile musiałaby się nasłuchać to jej. – Porzućmy go pod jakimś marketem i miejmy z głowy – tak będzie najszybciej i prościej. Coś jak zadanie, które można szybko odhaczyć bez wprowadzania zbędnych utrudnień.
– To już? Blisko – stwierdziła gdy Kirk zajechał na podjazd jednego z gęsto ustawionych domków. Przeciętny pod względem wielkości dom na ten moment wydawał się nawet za duży dla samotnie mieszkającej starszej pani. Ale czy faktycznie była tak samotna? Prócz kobiety po podwórku krzątał się jeszcze ktoś – mężczyzna mocno po 60. Żwawym krokiem przemierzał trawnik przystając w chwili, w której Kirk zgasił silnik. – Nie mówiłeś, że mama kogoś ma – rzuciła nim jeszcze nie wysiedli z auta. Meg nie mogła wiedzieć, że ów mężczyzna był sąsiadem mieszkającym „przez płot”. Zachowując niewielki dystans, tak aby nie deptać Kirkowi po piętach, ale też nie ociągać się, doszła do starszej pani. Już na pierwszy rzut oka było widać podobieństwo między matką a synem. Staruszka z babcią, którą w tym wieku mogłaby być, nie miała wiele wspólnego. Jak na swój wiek trzymała się o dziwo dobrze. Niezbyt wysoka, szczupła, z ułożonymi włosami i surowym wyrazem twarzy, przywitała syna w dość specyficzny sposób. Cytując klasyka – powiało chłodem. A i dalej wcale nie było lepiej. Meg ledwo powstrzymała się przed parsknięciem na wzmiankę o byciu domniemanym dzieckiem. Nie dlatego, że porównanie padło z ust starszej pani, ale głównie dlatego, że kilka godzin temu sama podała się za jego dziecko na stacji benzynowej. Jakby tego było mało, cała rozmowa toczyła się jakby obok. Aż chciałoby się powiedzieć „hej, ja tu jestem”. Zamiast tego dziewczyna grzecznie stała przysłuchując się wymianie zdań. Nagle i zupełnie niespodziewanie udzielił jej się bardzo dobry humor – zupełnie jakby mama Kirka sypała żartami na lewo i prawo.
W końcu nadeszła chwila prawdy, w której została przedstawiona i walcząc z chęcią podania się za konkubinę Kirka, użyła najgrzeszniejszego sformułowania jakie przyszło jej do głowy. – Miło panią poznać – gest wyciągniętej dłoni jakoś sobie darowała mając silne przeczucie, że zostałby odtrącony, a wtedy zrobiłoby się jeszcze bardziej drętwo.
Zapadła cisza. Nawet sąsiad przystanął w odległości kilku metrów. Było to tak niezręczne, że najpiękniejszym momentem tego dnia był ten, w którym Megan dostrzegła ostatni nieuprzątnięty element na terenie ogródka – dużą, zieloną konewkę. – Wniosę do garażu – wskazała palcem przedmiot czmychając w jakimś stopniu od tej piekielnie dusznej atmosfery. Czując ciągle palący wzrok na karku, bez pośpiechu sięgnęła po przedmiot niosąc go do reszty gratów. Plusem było to, że nadal słyszała toczącą się rozmowę i tłumaczenie Kirka. Nawet jeśli całe zajście nie powinno być dla niej przyjemne, to ciągle cholernie bawiło.
Kirk Smythie
– To już? Blisko – stwierdziła gdy Kirk zajechał na podjazd jednego z gęsto ustawionych domków. Przeciętny pod względem wielkości dom na ten moment wydawał się nawet za duży dla samotnie mieszkającej starszej pani. Ale czy faktycznie była tak samotna? Prócz kobiety po podwórku krzątał się jeszcze ktoś – mężczyzna mocno po 60. Żwawym krokiem przemierzał trawnik przystając w chwili, w której Kirk zgasił silnik. – Nie mówiłeś, że mama kogoś ma – rzuciła nim jeszcze nie wysiedli z auta. Meg nie mogła wiedzieć, że ów mężczyzna był sąsiadem mieszkającym „przez płot”. Zachowując niewielki dystans, tak aby nie deptać Kirkowi po piętach, ale też nie ociągać się, doszła do starszej pani. Już na pierwszy rzut oka było widać podobieństwo między matką a synem. Staruszka z babcią, którą w tym wieku mogłaby być, nie miała wiele wspólnego. Jak na swój wiek trzymała się o dziwo dobrze. Niezbyt wysoka, szczupła, z ułożonymi włosami i surowym wyrazem twarzy, przywitała syna w dość specyficzny sposób. Cytując klasyka – powiało chłodem. A i dalej wcale nie było lepiej. Meg ledwo powstrzymała się przed parsknięciem na wzmiankę o byciu domniemanym dzieckiem. Nie dlatego, że porównanie padło z ust starszej pani, ale głównie dlatego, że kilka godzin temu sama podała się za jego dziecko na stacji benzynowej. Jakby tego było mało, cała rozmowa toczyła się jakby obok. Aż chciałoby się powiedzieć „hej, ja tu jestem”. Zamiast tego dziewczyna grzecznie stała przysłuchując się wymianie zdań. Nagle i zupełnie niespodziewanie udzielił jej się bardzo dobry humor – zupełnie jakby mama Kirka sypała żartami na lewo i prawo.
W końcu nadeszła chwila prawdy, w której została przedstawiona i walcząc z chęcią podania się za konkubinę Kirka, użyła najgrzeszniejszego sformułowania jakie przyszło jej do głowy. – Miło panią poznać – gest wyciągniętej dłoni jakoś sobie darowała mając silne przeczucie, że zostałby odtrącony, a wtedy zrobiłoby się jeszcze bardziej drętwo.
Zapadła cisza. Nawet sąsiad przystanął w odległości kilku metrów. Było to tak niezręczne, że najpiękniejszym momentem tego dnia był ten, w którym Megan dostrzegła ostatni nieuprzątnięty element na terenie ogródka – dużą, zieloną konewkę. – Wniosę do garażu – wskazała palcem przedmiot czmychając w jakimś stopniu od tej piekielnie dusznej atmosfery. Czując ciągle palący wzrok na karku, bez pośpiechu sięgnęła po przedmiot niosąc go do reszty gratów. Plusem było to, że nadal słyszała toczącą się rozmowę i tłumaczenie Kirka. Nawet jeśli całe zajście nie powinno być dla niej przyjemne, to ciągle cholernie bawiło.
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
- Jest huragan, są straty, to normalne. Chociaż wóz niemal na pewno nie miał autocasco. Gdyby tak było, to od razu po obcierce poszedłby do mechanika żeby bezsensownie nie tracić na wartości. Rdzawy nalot nie pozostawiał wątpliwości, że nie była to świeża szkoda. I tak pewnie zrobimy. Nie poświęcając na to więcej niż minimum wysiłku.
Tu wszystko jest blisko. Nie było w mieście punktu gdzie nie dałoby się dojść w maksymalnie godzinę. I to idąc bardzo powoli. Przy dużym ruchu ulicznym. Nie to co w jej rodzinnym, zatłoczonym mieście. W końcu w dwóch głównych aglomeracjach mieszkała połowa ludności kraju. Czyli jakieś trzynaście milionów osób. Bo nie ma. To sąsiad. Nawet lubiany, chociaż okres w którym dorosły Kirk mieszkał z nim po sąsiedzku wcale nie był tak długi i być może po prostu nie zdążyli się pokłócić.
Ciebie też. Megan. Odpowiedziała, co nie zabrzmiało w żaden sposób szczerze. Było tak samo automatyczne jak sklepowe "dziękujemy i zapraszamy ponownie". Chociaż nie było to też jednoznacznie wrogie. Z resztą, dziewczyna też nie dopuściła do eskalacji usuwając się "z linii strzału". Poważnie? Stary a głupi. Powiedziała do niego już dużo bardziej opanowanym tonem. Widać było, że miota się między opieprzeniem go a tym po co przyjechał - czyli jak najszybszym zabezpieczeniem nieruchomości. Stąd dalsze instrukcje. Kirk nie wdawał się w dyskusję i rzeczywiście przystąpił do zabezpieczenia okien. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby matka dała się w końcu namówić na rolety antywłamaniowe ale cóż - przecież "w Lorne jest bezpiecznie" a to jednak wydatek. Za który z resztą był gotów zapłacić, bo emerytura nie była zbyt okazała.
Sąsiad uwijał się prawie, jakby chodziło o jego własne okna. Matka w tym czasie brała się za wnoszenie rzeczy do garażu, co martwiło go dość mocno. Wszakże obie panie zostały same "na froncie" i nie miał szans na stopowanie zapędów czasem zbyt staroświeckiej matki.
Wiesz, że on siedział? Zapytała z udawaną troską. Wszakże troszczyła się głównie o jego majątek. Bardziej wyimaginowany niż prawdziwy bo nawet gdyby sprzedał wszystko co ma, to może z trudem dobiłby do siedmiocyfrowego wyniku. Biznes na prowincji to coś zupełnie innego niż można by sobie wyobrażać po życiu w dużym mieście. I mógłby być twoim ojcem? Nie opanowała moralizatorskiego tonu.
Megan Miller
Tu wszystko jest blisko. Nie było w mieście punktu gdzie nie dałoby się dojść w maksymalnie godzinę. I to idąc bardzo powoli. Przy dużym ruchu ulicznym. Nie to co w jej rodzinnym, zatłoczonym mieście. W końcu w dwóch głównych aglomeracjach mieszkała połowa ludności kraju. Czyli jakieś trzynaście milionów osób. Bo nie ma. To sąsiad. Nawet lubiany, chociaż okres w którym dorosły Kirk mieszkał z nim po sąsiedzku wcale nie był tak długi i być może po prostu nie zdążyli się pokłócić.
Ciebie też. Megan. Odpowiedziała, co nie zabrzmiało w żaden sposób szczerze. Było tak samo automatyczne jak sklepowe "dziękujemy i zapraszamy ponownie". Chociaż nie było to też jednoznacznie wrogie. Z resztą, dziewczyna też nie dopuściła do eskalacji usuwając się "z linii strzału". Poważnie? Stary a głupi. Powiedziała do niego już dużo bardziej opanowanym tonem. Widać było, że miota się między opieprzeniem go a tym po co przyjechał - czyli jak najszybszym zabezpieczeniem nieruchomości. Stąd dalsze instrukcje. Kirk nie wdawał się w dyskusję i rzeczywiście przystąpił do zabezpieczenia okien. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby matka dała się w końcu namówić na rolety antywłamaniowe ale cóż - przecież "w Lorne jest bezpiecznie" a to jednak wydatek. Za który z resztą był gotów zapłacić, bo emerytura nie była zbyt okazała.
Sąsiad uwijał się prawie, jakby chodziło o jego własne okna. Matka w tym czasie brała się za wnoszenie rzeczy do garażu, co martwiło go dość mocno. Wszakże obie panie zostały same "na froncie" i nie miał szans na stopowanie zapędów czasem zbyt staroświeckiej matki.
Wiesz, że on siedział? Zapytała z udawaną troską. Wszakże troszczyła się głównie o jego majątek. Bardziej wyimaginowany niż prawdziwy bo nawet gdyby sprzedał wszystko co ma, to może z trudem dobiłby do siedmiocyfrowego wyniku. Biznes na prowincji to coś zupełnie innego niż można by sobie wyobrażać po życiu w dużym mieście. I mógłby być twoim ojcem? Nie opanowała moralizatorskiego tonu.
Megan Miller
born to lose live to win
about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

– I teraz nie wiem, czy to plus, czy to minus – na dobrą sprawę wszystko zależy od tego co w danej chwili jest potrzebne. Przysłowiowy „rzut beretem” pasował do Lorne idealnie, zwłaszcza w kontekście określania odległości. Jedyne co przychodziło jej na myśl i było pierwszym skojarzeniem z minusem małego miasteczka, to brak anonimowości. Tutaj większość znała większość i wieści rozchodziły się z prędkością błyskawicy. O strzelaninie, która miała miejsce chwile przed ich zniknięciem też słyszał każdy. Ale wracaj do matki Kirka…
Odpowiedź, choć oklepaną i najbardziej oczywistą ze wszystkich, przyjęła jako dobry znak. Zawsze mogła spojrzeć na nią pogardliwie i nie odpowiedzieć ani słowa. Megan, jak większość, nie lubiła być ignorowana, a utarczki słowne ze starszą panią brzmiały niedorzecznie. Atmosfera zrobiła się ciut rzadsza. Pytanie co będzie dalej. Wykorzystując chwile ciszy czmychnęła po zieloną konewkę będącą jej kołem ratunkowym na tym niecodziennym morzu dziwnych rozmów. Oczywiście uwadze nie uszła riposta starszej pani w kierunku syna, na co Meg uniosła jedynie kącik ust. Bardziej spodziewała się agresywnej postawy mającej na celu przywrócenie jedynemu dziecku światłości umysłu wyraźnie w tej chwili zamroczonego młodym ciałem. Dziewczyna nie wpadła na to, że awantura mogłaby doprowadzić do szybkiej zmiany decyzji Kirka odnośnie pomocy matce. A to było głównym źródłem złudnego spokoju.
Gdy Kirk zniknął z pola widzenia, w kierunku garażu zaczęła podążać sprężystym krokiem pani Smythie. Początkowo bez słowa wnosiła wszystko to co stało na wybetonowanym podjedzie tuż przed bramą. W jej ślady poszła i Meg. – Pomogę – wybierając tę mniej poręczne przedmioty układała je na podłodze. – Tak, wiem o tym – i nawet wiedziała o wiele więcej, ale dzielenie się ze starszą panią tą wiedzą było kompletną pomyłką, więc należało na szybko zmienić tor rozmowy na równie ciekawy, ale też bezpieczniejszy.
Myśl Megan, myśl…
Nim dziewczyna zdołała zająć czymś starszą panią, ta sięgnęła po broń oczywistą. W sumie mogła się tego spodziewać.
– I to też zauważyłam – odparła siląc się na spokojny i ciągle miły ton pogawędki. – Nie przeszkadza mi różnica wieku. Wręcz przeciwnie, to plus. Kirk wie czego chce, jest dojrzały i czuje się przy nim bardzo dobrze – z premedytacją uniknęła słowa „bezpiecznie” nie chcąc, aby było one skojarzone z bezpieczeństwem finansowym. W tej rozmowie trzeba ważyć każde słowo i informacje z zachowaniem formułki, że wszystko może zostać użyte przeciwko niej… – Nie chodzi mi o jego pieniądze, proszę się o to nie martwić – wyrecytowała zdając sobie sprawę, że poruszając tą kwestię, sprawiła, iż matka będzie bała się podwójnie o majątek dziecka. – Nie planujemy ślubu, ani innych oczywistych rzeczy – dodała z uśmiechem prosząc siły wyższe o domyślność kobiety. Ostatnim tematem jaki chciała z nią poruszać, to kwestia ciąży i dzieci. – Od dawna tu pani mieszka? – zapytała chcąc zmienić temat rozmowy. Sądząc po ilości pozostałych rzeczy, nie spędzą sam na sam zbyt wiele czasu. Jeszcze kilka minut i Meg z radością ogłosi zakończenie akcji garażowej. Będzie to dobry moment na odszukanie Kirka. Bo jemu też trzeba jakoś pomóc… naturalnie.
Kirk Smythie
Odpowiedź, choć oklepaną i najbardziej oczywistą ze wszystkich, przyjęła jako dobry znak. Zawsze mogła spojrzeć na nią pogardliwie i nie odpowiedzieć ani słowa. Megan, jak większość, nie lubiła być ignorowana, a utarczki słowne ze starszą panią brzmiały niedorzecznie. Atmosfera zrobiła się ciut rzadsza. Pytanie co będzie dalej. Wykorzystując chwile ciszy czmychnęła po zieloną konewkę będącą jej kołem ratunkowym na tym niecodziennym morzu dziwnych rozmów. Oczywiście uwadze nie uszła riposta starszej pani w kierunku syna, na co Meg uniosła jedynie kącik ust. Bardziej spodziewała się agresywnej postawy mającej na celu przywrócenie jedynemu dziecku światłości umysłu wyraźnie w tej chwili zamroczonego młodym ciałem. Dziewczyna nie wpadła na to, że awantura mogłaby doprowadzić do szybkiej zmiany decyzji Kirka odnośnie pomocy matce. A to było głównym źródłem złudnego spokoju.
Gdy Kirk zniknął z pola widzenia, w kierunku garażu zaczęła podążać sprężystym krokiem pani Smythie. Początkowo bez słowa wnosiła wszystko to co stało na wybetonowanym podjedzie tuż przed bramą. W jej ślady poszła i Meg. – Pomogę – wybierając tę mniej poręczne przedmioty układała je na podłodze. – Tak, wiem o tym – i nawet wiedziała o wiele więcej, ale dzielenie się ze starszą panią tą wiedzą było kompletną pomyłką, więc należało na szybko zmienić tor rozmowy na równie ciekawy, ale też bezpieczniejszy.
Myśl Megan, myśl…
Nim dziewczyna zdołała zająć czymś starszą panią, ta sięgnęła po broń oczywistą. W sumie mogła się tego spodziewać.
– I to też zauważyłam – odparła siląc się na spokojny i ciągle miły ton pogawędki. – Nie przeszkadza mi różnica wieku. Wręcz przeciwnie, to plus. Kirk wie czego chce, jest dojrzały i czuje się przy nim bardzo dobrze – z premedytacją uniknęła słowa „bezpiecznie” nie chcąc, aby było one skojarzone z bezpieczeństwem finansowym. W tej rozmowie trzeba ważyć każde słowo i informacje z zachowaniem formułki, że wszystko może zostać użyte przeciwko niej… – Nie chodzi mi o jego pieniądze, proszę się o to nie martwić – wyrecytowała zdając sobie sprawę, że poruszając tą kwestię, sprawiła, iż matka będzie bała się podwójnie o majątek dziecka. – Nie planujemy ślubu, ani innych oczywistych rzeczy – dodała z uśmiechem prosząc siły wyższe o domyślność kobiety. Ostatnim tematem jaki chciała z nią poruszać, to kwestia ciąży i dzieci. – Od dawna tu pani mieszka? – zapytała chcąc zmienić temat rozmowy. Sądząc po ilości pozostałych rzeczy, nie spędzą sam na sam zbyt wiele czasu. Jeszcze kilka minut i Meg z radością ogłosi zakończenie akcji garażowej. Będzie to dobry moment na odszukanie Kirka. Bo jemu też trzeba jakoś pomóc… naturalnie.
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
To zależy. Czy chcesz być anonimowa, czy chcesz pożyczyć wiertarkę. O anonimowości można zapomnieć. Alienowanie się zostanie uznane za "wywyższanie się" albo da odwrotny efekt - dosłownie cała okolica zacznie się niezdrowo interesować ekscentrycznym dziwakiem. W końcu nie wiadomo co ukrywa i dlaczego jest "inny".
Nieznośna cisza... to zdecydowanie nie w stylu jego matki. Wolała werbalnie wyrażać niezadowolenie niż milczeć. W końcu straciłaby szansę, żeby być w centrum uwagi - Kirk nie miał w zwyczaju dopytywać się "dlaczego milczysz", po prostu rozkoszował się ciszą i spokojem. Odnośnie agresji wiedziała, że ta strategia na niego nie działa - gdy coś mu nie odpowiadało, po prostu odwracał się na pięcie i wychodził. Uciekając od problemów. Robił tak od czasów nastoletnich przez wiele kolejnych lat. Dojrzał z czasem, to pewne. Ale po jego partnerce spodziewała się raczej zachowań podobnych do tych, które przejawiał jej syn. W końcu jakoś z nim wytrzymywała, nawet jeśli są razem od kilku tygodni.
Na propozycję pomocy twierdząco skinęła głową. Przy podobnej budowie ciała prawie pół wieku różnicy sprawiało, że Meg bez cienia wątpliwości była silniejsza i mogła sobie lepiej i szybciej poradzić z większością rzeczy. I nie przeszkadza ci to? Ciągnęła temat. No tak, to może być też TEN typ dziewczyny której imponują źli chłopcy a odsiadka to normalna rzecz (bo zaliczyło ją wiele osób z jej otoczenia). Strzał ostrzegawczy z jej strony nie złapał podatnego gruntu. Pora na dalszy ogień. He. Westchnęła lekko drwiąco. Był to jednak odruch obronny. Gówniara rozgryzła jej małomiasteczkowe obawy i wypunktowała je co do joty w kilka sekund. W jej mniemaniu była niezwykle zręczną manipulatorką. Będzie uważała jeszcze bardziej i nie do końca wierzy w jej słowa, ale przynajmniej było już oczywiste, że w razie czego para nie ma co liczyć na jej błogosławieństwo. Jakby jakkolwiek ich to obchodziło.
Całe życie. Odparła krótko, niemal jakby to było oczywiste. Prawie siedemdziesiąt lat. Przez chwilę przeszło jej przez myśl żeby zapytać ile lat ma dziewczyna, ale uznała, że odpowiedź może przyprawić ją o zawał serca. W końcu ciemne włosy potrafiły całkiem nieźle postarzać i dziewczyna mogła mieć równie dobrze 20 jak i 16 lat. A ta druga opcja sprawiłaby, że i matce Kirka oberwałoby się od sąsiadów. Pojęcie groomingu było tu raczej nieznane, ale pedofilii bardzo dobrze. A granica byłaby niebezpiecznie blisko. Ciebie za to nigdy tu nie widziałam. Co prawda nie znała wszystkich mieszkańców, to jednak większość kojarzyła chociażby z widzenia. To tego tablice rejestracyjne nieznanego jej samochodu sugerowały lokalną metropolię - gdy Kirk przyjeżdżał europejskimi autami najczęściej miały rejestracje tymczasowe lub celne - bezproblemowe do rozpoznania nawet dla laika. Ona zupełnym laikiem nie była - była wszakże wdową po mechaniku samochodowym i matką mechanika, który później został importerem. Krytycznie rzuciła okiem czy wszystko z ogrodu zmieści się w garażu. Prawdopodobnie tak...
W tym czasie Kirk był już na piętrze, zabezpieczając okna. Ojciec już lata temu kupił cienkie płyty mdf, które nieźle spisywały się w roli "opancerzonych okiennic". Minusem było, że należało użyć wkrętarki. No i, że w domu panowały egipskie ciemności. Niezły... wóz. Próbował zacząć temat sąsiad. Pożyczony. Krótko odparł Kirk. Jego BMW było ogólnie znane w miasteczku, przesiadka do Audi wydawała się co najmniej zaskakująca. Szczególnie na SUVa, które darzył dość otwartą antypatią. Zwykł mówić, że jeśli potrzebuje auta do miasta, kupi auto do miasta, jeśli będzie potrzebował terenówki, kupi terenówkę a jeśli będzie potrzebował kombi - to kupi kombi. Gdy coś jest do wszystkiego, to ostatecznie jest do niczego. Sąsiad ewidentnie szukał punktu zaczepienia rozmowy, jednak nie mógł go znaleźć. Coś mu mówiło, żeby nie pytać o dziewczynę. Instynkt samozachowawczy? Przeczucie, że temat jest znacznie grubszy niż kryzys wieku średniego leczony "witaminką"? W każdym razie praca szła szybko, gdy Kirk dość szybko odparł, że nigdzie się nie wyprowadził, interes idzie nieźle, nadal mieszka tam gdzie mieszkał a zdrowie okay jak na gościa po czterdziestce. Od sąsiada dowiedział się, że w szkole w której uczy też jest okay, zaraz wybiera się na emeryturę a jego żona prowadzi sklep już bardziej hobbystycznie. Niebo ściemniało się coraz bardziej, więc postanowił niezbyt rozsądnie chodzić po daszku, zamiast pracować z drabiny. Po prawdzie czuł się pewniej nawet mimo tego, że konstrukcja była naprawdę stara.
Odpowiedzialny. Powiedziała niby sama do siebie z nutą drwiny w głosie. Patrzyła przy tym, jak jej syn dość ostrożnie chodzi po dachu a sąsiad podaje mu płyty wiórowe. Po dwie na każde okno. Wkręty trafiały precyzyjnie - to już trzeci raz gdy płyty były używane w celu zabezpieczenia okien. Za to Kirk chodził po zadaszeniu bez żadnego zabezpieczenia. Nie było wysoko. Około trzech metrów. Jednak wystarczająco wysoko żeby zrobić sobie krzywdę a przy odrobinie pecha - zginąć. Nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kirk poruszanie się po daszku miał opanowane doskonale - nie raz i nie dwa zdarzało mu się wymykać po nim w nocy. Co na niego twoi rodzice? Bo to, że wiedzą, wydawało się jej oczywiste.
Megan Miller
Nieznośna cisza... to zdecydowanie nie w stylu jego matki. Wolała werbalnie wyrażać niezadowolenie niż milczeć. W końcu straciłaby szansę, żeby być w centrum uwagi - Kirk nie miał w zwyczaju dopytywać się "dlaczego milczysz", po prostu rozkoszował się ciszą i spokojem. Odnośnie agresji wiedziała, że ta strategia na niego nie działa - gdy coś mu nie odpowiadało, po prostu odwracał się na pięcie i wychodził. Uciekając od problemów. Robił tak od czasów nastoletnich przez wiele kolejnych lat. Dojrzał z czasem, to pewne. Ale po jego partnerce spodziewała się raczej zachowań podobnych do tych, które przejawiał jej syn. W końcu jakoś z nim wytrzymywała, nawet jeśli są razem od kilku tygodni.
Na propozycję pomocy twierdząco skinęła głową. Przy podobnej budowie ciała prawie pół wieku różnicy sprawiało, że Meg bez cienia wątpliwości była silniejsza i mogła sobie lepiej i szybciej poradzić z większością rzeczy. I nie przeszkadza ci to? Ciągnęła temat. No tak, to może być też TEN typ dziewczyny której imponują źli chłopcy a odsiadka to normalna rzecz (bo zaliczyło ją wiele osób z jej otoczenia). Strzał ostrzegawczy z jej strony nie złapał podatnego gruntu. Pora na dalszy ogień. He. Westchnęła lekko drwiąco. Był to jednak odruch obronny. Gówniara rozgryzła jej małomiasteczkowe obawy i wypunktowała je co do joty w kilka sekund. W jej mniemaniu była niezwykle zręczną manipulatorką. Będzie uważała jeszcze bardziej i nie do końca wierzy w jej słowa, ale przynajmniej było już oczywiste, że w razie czego para nie ma co liczyć na jej błogosławieństwo. Jakby jakkolwiek ich to obchodziło.
Całe życie. Odparła krótko, niemal jakby to było oczywiste. Prawie siedemdziesiąt lat. Przez chwilę przeszło jej przez myśl żeby zapytać ile lat ma dziewczyna, ale uznała, że odpowiedź może przyprawić ją o zawał serca. W końcu ciemne włosy potrafiły całkiem nieźle postarzać i dziewczyna mogła mieć równie dobrze 20 jak i 16 lat. A ta druga opcja sprawiłaby, że i matce Kirka oberwałoby się od sąsiadów. Pojęcie groomingu było tu raczej nieznane, ale pedofilii bardzo dobrze. A granica byłaby niebezpiecznie blisko. Ciebie za to nigdy tu nie widziałam. Co prawda nie znała wszystkich mieszkańców, to jednak większość kojarzyła chociażby z widzenia. To tego tablice rejestracyjne nieznanego jej samochodu sugerowały lokalną metropolię - gdy Kirk przyjeżdżał europejskimi autami najczęściej miały rejestracje tymczasowe lub celne - bezproblemowe do rozpoznania nawet dla laika. Ona zupełnym laikiem nie była - była wszakże wdową po mechaniku samochodowym i matką mechanika, który później został importerem. Krytycznie rzuciła okiem czy wszystko z ogrodu zmieści się w garażu. Prawdopodobnie tak...
W tym czasie Kirk był już na piętrze, zabezpieczając okna. Ojciec już lata temu kupił cienkie płyty mdf, które nieźle spisywały się w roli "opancerzonych okiennic". Minusem było, że należało użyć wkrętarki. No i, że w domu panowały egipskie ciemności. Niezły... wóz. Próbował zacząć temat sąsiad. Pożyczony. Krótko odparł Kirk. Jego BMW było ogólnie znane w miasteczku, przesiadka do Audi wydawała się co najmniej zaskakująca. Szczególnie na SUVa, które darzył dość otwartą antypatią. Zwykł mówić, że jeśli potrzebuje auta do miasta, kupi auto do miasta, jeśli będzie potrzebował terenówki, kupi terenówkę a jeśli będzie potrzebował kombi - to kupi kombi. Gdy coś jest do wszystkiego, to ostatecznie jest do niczego. Sąsiad ewidentnie szukał punktu zaczepienia rozmowy, jednak nie mógł go znaleźć. Coś mu mówiło, żeby nie pytać o dziewczynę. Instynkt samozachowawczy? Przeczucie, że temat jest znacznie grubszy niż kryzys wieku średniego leczony "witaminką"? W każdym razie praca szła szybko, gdy Kirk dość szybko odparł, że nigdzie się nie wyprowadził, interes idzie nieźle, nadal mieszka tam gdzie mieszkał a zdrowie okay jak na gościa po czterdziestce. Od sąsiada dowiedział się, że w szkole w której uczy też jest okay, zaraz wybiera się na emeryturę a jego żona prowadzi sklep już bardziej hobbystycznie. Niebo ściemniało się coraz bardziej, więc postanowił niezbyt rozsądnie chodzić po daszku, zamiast pracować z drabiny. Po prawdzie czuł się pewniej nawet mimo tego, że konstrukcja była naprawdę stara.
Odpowiedzialny. Powiedziała niby sama do siebie z nutą drwiny w głosie. Patrzyła przy tym, jak jej syn dość ostrożnie chodzi po dachu a sąsiad podaje mu płyty wiórowe. Po dwie na każde okno. Wkręty trafiały precyzyjnie - to już trzeci raz gdy płyty były używane w celu zabezpieczenia okien. Za to Kirk chodził po zadaszeniu bez żadnego zabezpieczenia. Nie było wysoko. Około trzech metrów. Jednak wystarczająco wysoko żeby zrobić sobie krzywdę a przy odrobinie pecha - zginąć. Nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kirk poruszanie się po daszku miał opanowane doskonale - nie raz i nie dwa zdarzało mu się wymykać po nim w nocy. Co na niego twoi rodzice? Bo to, że wiedzą, wydawało się jej oczywiste.
Megan Miller
born to lose live to win
about me
Przyjechała do Lorne na tydzień, została nieco dłużej

Nigdy nie przyszłoby jej do głowy żeby rozpatrywać własną prywatność w takiej kategorii. – Tajemniczemu gościowi z sąsiedztwa nikt nie pożyczy? – zapyta tonem, który niekoniecznie wskazywał na pytanie. Gdyby tak się zastanowić, ona sama znała swoich sąsiadów raczej z widzenia. Z racji dużej różnicy wieku była z nimi na kulturalne „dzień dobry” i nic poza tym. Głównie za sprawą rodziców wiedziała czym się zajmują i gdzie pracują, a i tak była to wiedza zasłyszana przy okazji. Jedynie dzieciak mieszkający trzy domy dalej był jej w jakiś sposób bliski, bo jeszcze kilka lat temu często wspólnie grywali na konsoli, ale i to umarło śmiercią naturalną w chwili gdy Megan zaczęła być bardziej „dorosła” albo jak kto woli – zaczęła się za taką uważać.
W odróżnieniu od Kirka, nie lubiła zbyt długiej ciszy. Była dla niej czymś lekko niepokojącym i wręcz potęgowała chęć zabrania głosu. Przez temperament i charakter zdecydowanie wolała nawet nieprzyjemną wymianę zdań niż kilkudniowe mijanie się. A ewentualną pauzę w komunikacji wykorzystywała na wymyślanie różnych ripost. Rzecz jasna najlepsza była w zakończonych rozmowach, bo po każdej wpadało jej do głowy przynajmniej dziesięć scenariuszy na inne zakończenie. Część odchodziła w zapomnienie, część zaś zostawała odłożona „na później”. Cholera wie kiedy może się przydać, prawda?
Matka Kirka nie dawała za wygraną. Nie odpuszczała prawdopodobnie zachęcona przyjazną postawą Meg. Ta zaś cierpliwie niby zajęta pracą ciężko wysilała umysł, aby nie palnąć czegoś głupiego. – Odsiedział swoje, wyszedł i zaczął od nowa. Prowadzi własną działalność i zmienił towarzystwo – z gościa, przez którego siedział, na jego córkę – taki mały szczegół. – Nikogo nie zabił, nie siedział za pedofilię, więc luz – wzruszyła ramieniem jak miała w zwyczaju podczas mówienia o czymś, co ją mało interesuje.
– Kawał czasu – przyznała automatycznie sądząc, że musi to być cholernie nudne. – Nie wygląda pani na swój wiek – zaszalała rzucając komplement. Jak szybko wyliczyła, matka Kirka nie spieszyła się ze sprowadzeniem go na ten świat, co w tamtych latach musiało być podejrzane. – Mieszkam w Melbourne. To znaczy mieszkałam do tej pory – dodała w pełni świadomie. A nich teraz staruszka się chwilę pogłowi gdzie ma zamiar osiąść to młode dziewcze. Rozmowę przerwał niczego nieświadomy Kirk, który przykuł uwagę spacerując po dachu. Meg również obserwowała jego poczynania z nietęgą miną. Wcale nie podobało jej się to co widzi. – Cofam to o odpowiedzialności – zmarszczyła brwi wpadając na okrutny pomysł. – Uważaj kotku! – i choć jej głos wydawał się pełen obaw, wewnętrznie drżała z rozbawienia. To zdanie niewątpliwie wprawiło w zakłopotanie wszystkich zgromadzonych, chociaż z różnych powodów. – Tata nie żyje, a matka ma nowego faceta więc… ma inne sprawy na głowie – odpowiedziała zgodnie z prawdą uznając, że takie info zajmie na dłuższy czas umysł starszej pani i być może zniechęci do dalszej spowiedzi. – Samotnej kobiecie musi być ciężko. W dużych miastach są kluby dla seniorów. Fajna sprawa. Funkcjonuje tutaj coś takiego? – odbiła piłeczkę kierując tor gadki na osobę mamy Kirka.
Kirk Smythie
W odróżnieniu od Kirka, nie lubiła zbyt długiej ciszy. Była dla niej czymś lekko niepokojącym i wręcz potęgowała chęć zabrania głosu. Przez temperament i charakter zdecydowanie wolała nawet nieprzyjemną wymianę zdań niż kilkudniowe mijanie się. A ewentualną pauzę w komunikacji wykorzystywała na wymyślanie różnych ripost. Rzecz jasna najlepsza była w zakończonych rozmowach, bo po każdej wpadało jej do głowy przynajmniej dziesięć scenariuszy na inne zakończenie. Część odchodziła w zapomnienie, część zaś zostawała odłożona „na później”. Cholera wie kiedy może się przydać, prawda?
Matka Kirka nie dawała za wygraną. Nie odpuszczała prawdopodobnie zachęcona przyjazną postawą Meg. Ta zaś cierpliwie niby zajęta pracą ciężko wysilała umysł, aby nie palnąć czegoś głupiego. – Odsiedział swoje, wyszedł i zaczął od nowa. Prowadzi własną działalność i zmienił towarzystwo – z gościa, przez którego siedział, na jego córkę – taki mały szczegół. – Nikogo nie zabił, nie siedział za pedofilię, więc luz – wzruszyła ramieniem jak miała w zwyczaju podczas mówienia o czymś, co ją mało interesuje.
– Kawał czasu – przyznała automatycznie sądząc, że musi to być cholernie nudne. – Nie wygląda pani na swój wiek – zaszalała rzucając komplement. Jak szybko wyliczyła, matka Kirka nie spieszyła się ze sprowadzeniem go na ten świat, co w tamtych latach musiało być podejrzane. – Mieszkam w Melbourne. To znaczy mieszkałam do tej pory – dodała w pełni świadomie. A nich teraz staruszka się chwilę pogłowi gdzie ma zamiar osiąść to młode dziewcze. Rozmowę przerwał niczego nieświadomy Kirk, który przykuł uwagę spacerując po dachu. Meg również obserwowała jego poczynania z nietęgą miną. Wcale nie podobało jej się to co widzi. – Cofam to o odpowiedzialności – zmarszczyła brwi wpadając na okrutny pomysł. – Uważaj kotku! – i choć jej głos wydawał się pełen obaw, wewnętrznie drżała z rozbawienia. To zdanie niewątpliwie wprawiło w zakłopotanie wszystkich zgromadzonych, chociaż z różnych powodów. – Tata nie żyje, a matka ma nowego faceta więc… ma inne sprawy na głowie – odpowiedziała zgodnie z prawdą uznając, że takie info zajmie na dłuższy czas umysł starszej pani i być może zniechęci do dalszej spowiedzi. – Samotnej kobiecie musi być ciężko. W dużych miastach są kluby dla seniorów. Fajna sprawa. Funkcjonuje tutaj coś takiego? – odbiła piłeczkę kierując tor gadki na osobę mamy Kirka.
Kirk Smythie
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky,
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
and as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
To zależy jak tajemniczemu. I ile pytań pozwoli sobie zadać. Bo bez słowa się nigdy nie obędzie. Australijczycy może nie byli tak nastawieni na "small talk" jak amerykanie, to jednak ciężko nazwać ich narodem introwertyków. A w małych miasteczkach rozmowa była rozrywką samą w sobie - szkoda odpuścić.
To też nie było tak, że on uwielbiał stan "zimnej wojny". Jak większość facetów miał skłonności do bycia "naprawiaczem" i załatwianiu problemów na bieżąco. Ale jeśli mógł przy tym złapać godzinę albo dwie względnego spokoju - czemu nie? W sumie nie działało to tylko z matką - tutaj stawiał na to, że jego wyrozumiałość i cierpliwość po prostu skończyła się z wiekiem.
I rzeczywiście - matka Kirka z jednej strony nie chciała nacisnąć zbyt mocno z drugiej - nie chciała odpuścić. Fakt, wrócił na łono... społeczeństwa, jednak niektóre nawyki mu zostały. Wszakże wciąż zmieniał samochody i do matki średnio docierało, że to importowane na sprzedaż a nie kradzione "w mieście" i "oczyszczane" na prowincji. Rozróżnienie na przestępstwa mniejsze i większe był dla niej sygnałem ostrzegawczym - jeśli dziewczyna uważała, że są winy które są względnie "okay" mogło to oznaczać, że dokonała słusznego osądu - patologia. Dziękuję, to miłe. Kwestia kremów z filtrem. Dzięki którym w odróżnieniu od wielu rówieśniczek nie ma czerniaka. Dla wielu Australijczyków tak właśnie wygląda starość - włóczenie się po onkologach. Odnośnie wieku - starali się z mężem o liczniejsze potomstwo - zarówno przed jak i po narodzinach Kirka, jednak bezskutecznie. Sukces przypadł na połowę starań. Teraz mieszkacie... razem? I jakim cudem nikt jej o tym nie doniósł?! Czyli sprawa była poważniejsza niż sądziła. Rzeczywiście mogło być tak, że to trwało od dłuższego czasu i nie był to wyskok ani kryzys wieku średniego a faktycznie interesował się dużo młodszymi dziewczynami.
Kirk na słowa o uważaniu na siebie zachwiał się teatralnie. Faktycznie, lewa noga nieco mu się przy tym obsunęła i poślizgnął się nieco mocniej niż chciał. Opanował, chociaż kolano lekko zabolało. Och, przykro mi. Chociaż gdyby dowiedziała się o kogo chodzi, to nawet by się ucieszyła. Całe szczęście nie pytała o nazwisko a nawet gdyby to zrobiła - ma do nich słabą pamięć. Cóż, lepiej być samotną, niż z byle kim. Emerytura może nie była wysoka, ale nie przymierała z głodu. Może i był to prztyczek w stronę dziewczyny, że stać ją na więcej niż czterdziestolatek bez cienia wątpliwości poleciał wyłącznie na jej młode ciało. A gdyby i ona sama miała użerać się ze starym, zrzędliwym dziadem albo co gorsza alkoholikiem - samotność wydawała się niezłą opcją. Z czasem może będę się za tym rozglądała, ale póki co nie mam ochoty na szydełkowanie i opery mydlane. Lorne ze swoim starzejącym się społeczeństwem miało zaopiekowany ten problem, ale wiadomym było, że problemy będą rosły. Mam za to jeszcze paru przyjaciół, z którymi się spotykam i przyjaznych sąsiadów. Skinęła głową w kierunku sąsiada który właśnie wychodził z domu Kirk kończył z ostatnią płyta i sprawnie zszedł z niewysokiej drabiny, którą sąsiad podstawił nieopodal wejścia. Jedźcie, póki jeszcze się da. Jeśli znowu będzie tak jak ostatnio, to policja zaraz pozamyka drogi. Australijska gościnność? Nie, po prostu doświadczenie. Seniorka rodu Smythie przeżyła już niejeden cyklon i niejeden żywioł przetaczający się przez miasto. Jak to się skończy, to przyjedźcie oboje. Nie znaczyło to raczej "jesteś mile widziana" a "jeszcze z Tobą nie skończyłam"...
Megan Miller
To też nie było tak, że on uwielbiał stan "zimnej wojny". Jak większość facetów miał skłonności do bycia "naprawiaczem" i załatwianiu problemów na bieżąco. Ale jeśli mógł przy tym złapać godzinę albo dwie względnego spokoju - czemu nie? W sumie nie działało to tylko z matką - tutaj stawiał na to, że jego wyrozumiałość i cierpliwość po prostu skończyła się z wiekiem.
I rzeczywiście - matka Kirka z jednej strony nie chciała nacisnąć zbyt mocno z drugiej - nie chciała odpuścić. Fakt, wrócił na łono... społeczeństwa, jednak niektóre nawyki mu zostały. Wszakże wciąż zmieniał samochody i do matki średnio docierało, że to importowane na sprzedaż a nie kradzione "w mieście" i "oczyszczane" na prowincji. Rozróżnienie na przestępstwa mniejsze i większe był dla niej sygnałem ostrzegawczym - jeśli dziewczyna uważała, że są winy które są względnie "okay" mogło to oznaczać, że dokonała słusznego osądu - patologia. Dziękuję, to miłe. Kwestia kremów z filtrem. Dzięki którym w odróżnieniu od wielu rówieśniczek nie ma czerniaka. Dla wielu Australijczyków tak właśnie wygląda starość - włóczenie się po onkologach. Odnośnie wieku - starali się z mężem o liczniejsze potomstwo - zarówno przed jak i po narodzinach Kirka, jednak bezskutecznie. Sukces przypadł na połowę starań. Teraz mieszkacie... razem? I jakim cudem nikt jej o tym nie doniósł?! Czyli sprawa była poważniejsza niż sądziła. Rzeczywiście mogło być tak, że to trwało od dłuższego czasu i nie był to wyskok ani kryzys wieku średniego a faktycznie interesował się dużo młodszymi dziewczynami.
Kirk na słowa o uważaniu na siebie zachwiał się teatralnie. Faktycznie, lewa noga nieco mu się przy tym obsunęła i poślizgnął się nieco mocniej niż chciał. Opanował, chociaż kolano lekko zabolało. Och, przykro mi. Chociaż gdyby dowiedziała się o kogo chodzi, to nawet by się ucieszyła. Całe szczęście nie pytała o nazwisko a nawet gdyby to zrobiła - ma do nich słabą pamięć. Cóż, lepiej być samotną, niż z byle kim. Emerytura może nie była wysoka, ale nie przymierała z głodu. Może i był to prztyczek w stronę dziewczyny, że stać ją na więcej niż czterdziestolatek bez cienia wątpliwości poleciał wyłącznie na jej młode ciało. A gdyby i ona sama miała użerać się ze starym, zrzędliwym dziadem albo co gorsza alkoholikiem - samotność wydawała się niezłą opcją. Z czasem może będę się za tym rozglądała, ale póki co nie mam ochoty na szydełkowanie i opery mydlane. Lorne ze swoim starzejącym się społeczeństwem miało zaopiekowany ten problem, ale wiadomym było, że problemy będą rosły. Mam za to jeszcze paru przyjaciół, z którymi się spotykam i przyjaznych sąsiadów. Skinęła głową w kierunku sąsiada który właśnie wychodził z domu Kirk kończył z ostatnią płyta i sprawnie zszedł z niewysokiej drabiny, którą sąsiad podstawił nieopodal wejścia. Jedźcie, póki jeszcze się da. Jeśli znowu będzie tak jak ostatnio, to policja zaraz pozamyka drogi. Australijska gościnność? Nie, po prostu doświadczenie. Seniorka rodu Smythie przeżyła już niejeden cyklon i niejeden żywioł przetaczający się przez miasto. Jak to się skończy, to przyjedźcie oboje. Nie znaczyło to raczej "jesteś mile widziana" a "jeszcze z Tobą nie skończyłam"...
Megan Miller
born to lose live to win
