about me
You spend your nights looking at the stars thinking your life would be better on Mars. Checking your pulse just to feel it beat, looking for a stone to keep the peace

Na początku były możliwości.
Patrzę na mojego syna, gdy - pochylony nad miską płatków czekoladowych, bez odrywania wzroku od kreskówki - odpowiada na pytanie o to, kim będzie, jak dorośnie. Nie słyszę w jego głosie wątpliwości, jakby wystarczyło sobie coś wymarzyć, a już nic nie stanie nam na przeszkodzie. Nieustannie mu się przyglądam i usiłuję przypomnieć sobie, czy ja t e ż byłem taki w jego wieku.
Czy chciałem zostać kierowcą koparki, a potem weterynarzem, prowadzącym teleturniej w telewizji, stolarzem jak wujek Terry, sprzedawcą warzyw i perkusistą? Czy ja też miałem w sobie niezachwianą wiarę w świat, zanim ten sam świat zaczął nieznośnie boleć?
Wydaje mi się, że tak: obecność Terence’a u mojego boku zawsze pozwalała poczuć się nieustraszonym (nawet jeśli trwało to tylko krótką chwilę). Sprawiała, że marzyłem odważniej, a czasami - zapominałem o wszystkich poza naszą dwójką.
O najmłodszej Oakley, która zawsze była tylko dzieckiem i o tym trzecim synu. Nigdy nie dopuszczaliśmy go z Terrym do nas (bo przecież zawsze byliśmy my, nigdy ja - kontra on).
Przyglądam się mojemu synowi nie z zachwytem, a z niepokojem. Szukam p o d o b i e ń s t w, żeby w porę móc zainterweniować. Nie dopuścić do tego, by zaczął przypominać mnie zbyt mocno, bo to nie przyniesie mu niczego dobrego.
I choć nigdy nie powiedziałem tego głos - zupełnie jakby to było zaklęcie, które może sprawić, że zła przepowiednia się spełni, jeśli tylko ją wypowiesz - szukam w nim też podobieństw do tego d r u g i e g o wujka: tego, którego prawie nie zna i wiem, że nie rozumie co się z nim stało. Głaszczę go po kościstych plecach w półmroku jego sypialni i próbuję sobie przypomnieć: czy zachował się okrutnie, co robi w wolnym czasie, czy ma kolegów? Ale też: czy widział, jak komuś innemu dzieje się krzywda i postanowił się w to nie mieszać? Czy powielał zachowania któregoś z naszej trójki?
Patrzę na niego i się boję, bo coraz wyraźniej widzę, że mój chłopiec już teraz zaczyna mieć problem z tym światem.
(Błędy którego z naszej trójki błędy powtórzysz, chłopaku?)
A, no właśnie - bo po tych wszystkich szansach przyszedł strach. Jako dzieciak byłem bardzo zdolny i wystraszony. I jakimś cudem wszyscy zwracali uwagę na to pierwsze, nie dostrzegając drugiego. Może też dlatego się bałem: czułem się, jakbym kogoś okłamywał. Wywiódł wszystkich w pole i sprawił, że we mnie uwierzyli, choć nie mieli powodu. Widzieli we mnie kogoś, kim wcale przecież nie byłem: dobrym synem, ambitnym uczniem, troskliwym bratem.
(I choć zawsze bardzo się bałem tego, że zostanę odkryty, gdy Michael wreszcie zrobił to, co zrobił, wbrew sobie poczułem także ulgę. Teraz wszyscy już wiedzieli, że nie byłem dobrym bratem, a mimo to - świat się nie skończył. Było w tym równocześnie coś pokrzepiającego i bardzo przygnębiającego).
Długo mi się udawało. Jako nastolatkowie przeprowadziliśmy się do dziadków w Lorne - my, czyli ja i Terry. Sam pewnie nie zdołałbym namówić rodziców, ale przecież mówiłem, że z nim zawsze było łatwiej. Skończyliśmy szkołę średnią krótko przed śmiercią dziadków, a potem wyjechaliśmy z miasteczka, by realizować plan, który sobie ułożyliśmy. Ja chciałem zostać lekarzem - a może to rodzice wymyślili sobie syna-lekarza i jedynie przejąłem to marzenie jako swoje? - dlatego zacząłem studia medyczne na dobrym uniwersytecie i mogłem już na dobre zapomnieć (albo chociaż udawać, że zapomniałem) o Michaelu.
Pojawiły się coś nowego: dojmujący wstyd za rzeczy, które zrobiłem i, jeszcze większy, za rzeczy, których zrobić nie miałem odwagi. I uzależnienie, choć musiało minąć jakieś dziesięć lat, nim byłem w stanie się do tego przyznać, przestać się wykręcać i wmawiać wszystkim, że to przecież n i c.
Całkiem niedawno próbowałem to nawet wytłumaczyć Terry’emu: to, że ten alkohol dawał chwilową ulgę, ale potem nie dawał mi już nawet tego. Po prostu nie wiedziałem, jak mogę się z tego wydostać.
Wstyd przyszedł też parę miesięcy temu, gdy w klinice, podczas mojego trzeciego odwyku, zrobiono mi badania. Byłem trochę zdumiony tą zamianą ról - tym, że znajdowałem się w gabinecie lekarskim i zamiast dominować, powiedzieć proszę usiąść, miałem na sobie rozciągniętą bluzę i słuchałem zaleceń fachowca. Był rzeczowy i miły, nie spytał mnie nawet a czego ty się spodziewałeś, głupi ćpunie?. Zamiast tego od razu powiedział, że przecież diagnoza to nie wyrok, a ja gapiłem się w jego biurko, czując się tak strasznie, strasznie
u p o k o r z o n y.
Ktoś złośliwy - na przykład ja… - mógłby zauważyć, że to dziwne, że akurat wtedy poczułem się skompromitowany, biorąc pod uwagę wszystkie te momenty, w których okazałem się być do niczego:
na przykład gdy miałem zabrać syna na weekend, ale w piątkowy wieczór wpadł do mnie kolega i następnego dnia ocknąłem się dopiero o czternastej, kiedy mój telefon pokazywał dziewięć nieodebranych połączeń
albo gdy pojawiłem się na rozprawie Michaela i byłem jedynym, który uważał, że nie widać po mnie, a wódą śmierdziało ode mnie tak, że nawet moja matka spojrzała na mnie z lekką odrazą
i wtedy, gdy po raz k o l e j n y kłamałem w pracy, żeby usprawiedliwić swoją nieobecność w szpitalu, bo przecież nie pójdę na oddział ani na ciężkim kacu, ani na głodzie.
Praca - przynajmniej do pewnego momentu - pomagała trzymać się w ryzach. Potrafiłem nie pić przez kilka tygodni, a nawet miesięcy: zachowywałem pozory, spędzałem dużo czasu w szpitalu, chodziłem na randki. Patrząc na mnie w tamtych momentach, trudno byłoby się domyślić, kim jest mój brat (albo kim miał się stać, bo przecież ten Michael Kemper z internetowych tekstów i podcastów niewiele miał z nim wspólnego). Ale potem wszystko zaczynało się od nowa.
Odwyki były trzy. Po dwóch pierwszych nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek się na to zdecyduję, ale Terence zachowywał się, jakby nie zamierzał odpuścić, a ja - bo przecież zawsze byłem tchórzem - uznałem, że to może być dobry sposób na przeczekanie całego szumu wokół procesu i skazania mojego brata. Po detoksie spędziłem kilka miesięcy w ośrodku terapii uzależnień, a potem na terapii ambulatoryjnej. W czasie, gdy ja próbowałem poskładać się do kupy, moje rodzeństwo - to, które zostało na wolności - przeprowadziło się z powrotem do Lorne Bay, dlatego przyjechałem do nich. I do mojego dziewięcioletniego syna, który mieszka w Cairns. Wynająłem przyczepę, bo miesiące leczenia sprawiły, że nie stać mnie na nic lepszego, a w przyszłym tygodniu zaczynam pracę w nowym szpitalu, więc… chyba pora się wreszcie ogolić?
Mam całkiem nieźle dobrane leki, ale ani strach, ani wstyd, nie zniknęły całkowicie. Nie zniknął też gniew: ten sam, który sprawiał, że kopałem Michaela w łydkę przy stole w jadalni, sycząc uspokój się. On t e ż łatwo wpadał w złość, jak gdyby to uczucie pulsowało pod skórą, tylko czekając na moment, w którym będzie mógł się wydostać. Czasami wyobrażam sobie, że właśnie tak było: że któregoś dnia w Michaelu po prostu eksplodował gniew, którego nie dało się już zatrzymać i dlatego to wszystko się wydarzyło.
A ta myśl sprawia, że wiem, że ja nie mogę wybuchnąć.
Nie mogę.
• Kiedyś korzystał z mediów społecznościowych jak wszyscy, ale po aresztowaniu Michaela, gdy burza wokół jego brata objęła także internet, usunął wszystkie profile. Aktualnie ma jedynie fake konto na Instagramie, gdzie ogląda pieski i rolki z przepisami.
• To nie znaczy, że spędza mało czasu, gapiąc się w telefon. Ma na nim głównie gry, w które potem gra ze swoimi pacjentami. Tym starszym nastolatkom pozwolił też parę razy poprzesuwać ludzi na swoim koncie na tinderze, by oderwać ich myśli od szpitalnych stresów, ale błagam, nie mówcie ich rodzicom.
• Przeszedł trzy odwyki, a i tak nie potrafi szczerze powiedzieć o sobie, że jest alkoholikiem albo narkomanem. Oczywiście zdarzyło mu się to wypowiedzieć kilka razy, na potrzeby terapii, ale nie myśli o sobie w ten sposób.
• Gdy chce kogoś spławić, zdarza mu się opowiadać historię o tym, że wierzy, że w poprzednim życiu był kozą, a zdał sobie z tego sprawę, gdy po raz kolejny przyśniło mu się to piękne stworzenie. Kiedyś zamiast tego, gdy nie miał ochoty na barowy podryw, mówił po prostu wiesz, chyba wciąż jestem płodny, ale kiedy nie jedna, a dwie kobiety całkiem się tą wizją podekscytowały, obiecał sobie, że nigdy więcej.
• Jest pod opieką terapeuty z ośrodka uzależnień i psychiatry. Z tym ostatnim łączy go relacja z rodzaju love-hate (nawet jeśli tylko w głowie Leandra i lekarz o tym nie wie). Mógłby wygłosić długi monolog na temat tego, dlaczego go nie lubi, ale prawda jest taka, że największy żal do swojego psychiatry ma o to, że nie śmieje się z jego żartów…
• Dobrze gotuje i lubi to robić, ale tylko jeśli ma dla kogo. Gdy jest sam, zwykle wybiera coś tak wyszukanego jak mrożona pizza.
• Ma nieco kłopotliwy nawyk: nie potrafi się nie śmiać, gdy jakiś dorosły facet mówi, że jego ulubionym filmem jest Fight Club. Raz prawie przez to oberwał (gdy ten miłośnik Edwarda Nortona nie mówił nawet do Leandra, tylko do swoich kumpli przy sąsiednim stoliku), a kilka razy jego koledzy poczuli się tym urażeni, ale to naprawdę, naprawdę silniejsze od niego.
• Terence jest dla niego nie tylko najważniejszą, ale też ulubioną osobą. Nie uważa jednak tego, że są bliźniakami, za szczególnie interesujące i często zapomina o tym wspomnieć. Zdarza się więc, że jego znajomi albo współpracownicy wiedzą o Terrym niemal wszystko: znają jego zawód, trzy krępujące anegdotki z dzieciństwa, ulubione śniadania i imiona dwóch byłych, ale nie wiedzą, że wygląda jak Leander 2.0. Zresztą - jego zdaniem nie są wcale identyczni i spokojnie da się ich rozróżnić (powodzenia).
• Przez to, że większość ludzi nie podziela tej opinii, nauczył się reagować nie tylko na swoje imię, ale również na Terence'a.
• Nie pamięta, jak to się zaczęło, ale regularnie dostaje w ramach prezentu ubrania i gadżety z The Office. Niezbyt przejmuje się modą, więc wychodzi w tych ciuchach do ludzi, ale kiedy ktoś zaczepia go w autobusie, zwykle udaje głupiego i twierdzi, że nie wie, kim jest ten mężczyzna w berecie na jego koszulce albo o jaką farmę Schrute’ów chodzi.
• Oczywiście kłamie, ślepo kocha The Office i wciąż ma w mózgu specjalną przegródkę, z której w nieodpowiednich momentach wyskakuje “that’s what she said”.
• Pracując z dziećmi i ich rodzicami, stara się powstrzymywać, ale prawda jest taka, że bardzo lubi przeklinać i sprawia mu to przyjemność. W ogóle: robienie rzeczy na przekór przynosi mu sporo frajdy.
• Zawsze miał dużo znajomych i sporo czasu spędzał wśród ludzi. Zmieniło się to po przeprowadze do Lorne Bay - można to zwalić na okoliczności (niewiele znajomości z młodości przetrwało aż do teraz i wcale nie zna tu wiele osób), ale chodzi o coś innego. Dopiero niedawno zaczęło do niego docierać, że tak naprawdę wcale nie jest towarzyski i otaczał się ludźmi, bo przy nich łatwiej było ukrywać strach, który zawsze skradał się za Leandrem. Skoro jego psychiatra-konował dobrał mu niezłe leki (antylękowe i antydepresanty), po prawie czterdziestu latach rozpoczyna przemianę w domatora.
• Ma duży problem z mówieniem o emocjach, ale przede wszystkim: z nazywaniem ich i radzeniem sobie z nimi. Zwykle ignoruje je tak długo, aż trudno z nim wytrzymać i znajduje się na skraju wybuchu. Wszystkie uczucia - złość, smutek, żal, rozczarowanie - upycha zwykle do pojemnego wora pod tytułem “Jestem zmęczony”.
Patrzę na mojego syna, gdy - pochylony nad miską płatków czekoladowych, bez odrywania wzroku od kreskówki - odpowiada na pytanie o to, kim będzie, jak dorośnie. Nie słyszę w jego głosie wątpliwości, jakby wystarczyło sobie coś wymarzyć, a już nic nie stanie nam na przeszkodzie. Nieustannie mu się przyglądam i usiłuję przypomnieć sobie, czy ja t e ż byłem taki w jego wieku.
Czy chciałem zostać kierowcą koparki, a potem weterynarzem, prowadzącym teleturniej w telewizji, stolarzem jak wujek Terry, sprzedawcą warzyw i perkusistą? Czy ja też miałem w sobie niezachwianą wiarę w świat, zanim ten sam świat zaczął nieznośnie boleć?
Wydaje mi się, że tak: obecność Terence’a u mojego boku zawsze pozwalała poczuć się nieustraszonym (nawet jeśli trwało to tylko krótką chwilę). Sprawiała, że marzyłem odważniej, a czasami - zapominałem o wszystkich poza naszą dwójką.
O najmłodszej Oakley, która zawsze była tylko dzieckiem i o tym trzecim synu. Nigdy nie dopuszczaliśmy go z Terrym do nas (bo przecież zawsze byliśmy my, nigdy ja - kontra on).
Przyglądam się mojemu synowi nie z zachwytem, a z niepokojem. Szukam p o d o b i e ń s t w, żeby w porę móc zainterweniować. Nie dopuścić do tego, by zaczął przypominać mnie zbyt mocno, bo to nie przyniesie mu niczego dobrego.
I choć nigdy nie powiedziałem tego głos - zupełnie jakby to było zaklęcie, które może sprawić, że zła przepowiednia się spełni, jeśli tylko ją wypowiesz - szukam w nim też podobieństw do tego d r u g i e g o wujka: tego, którego prawie nie zna i wiem, że nie rozumie co się z nim stało. Głaszczę go po kościstych plecach w półmroku jego sypialni i próbuję sobie przypomnieć: czy zachował się okrutnie, co robi w wolnym czasie, czy ma kolegów? Ale też: czy widział, jak komuś innemu dzieje się krzywda i postanowił się w to nie mieszać? Czy powielał zachowania któregoś z naszej trójki?
Patrzę na niego i się boję, bo coraz wyraźniej widzę, że mój chłopiec już teraz zaczyna mieć problem z tym światem.
(Błędy którego z naszej trójki błędy powtórzysz, chłopaku?)
A, no właśnie - bo po tych wszystkich szansach przyszedł strach. Jako dzieciak byłem bardzo zdolny i wystraszony. I jakimś cudem wszyscy zwracali uwagę na to pierwsze, nie dostrzegając drugiego. Może też dlatego się bałem: czułem się, jakbym kogoś okłamywał. Wywiódł wszystkich w pole i sprawił, że we mnie uwierzyli, choć nie mieli powodu. Widzieli we mnie kogoś, kim wcale przecież nie byłem: dobrym synem, ambitnym uczniem, troskliwym bratem.
(I choć zawsze bardzo się bałem tego, że zostanę odkryty, gdy Michael wreszcie zrobił to, co zrobił, wbrew sobie poczułem także ulgę. Teraz wszyscy już wiedzieli, że nie byłem dobrym bratem, a mimo to - świat się nie skończył. Było w tym równocześnie coś pokrzepiającego i bardzo przygnębiającego).
Długo mi się udawało. Jako nastolatkowie przeprowadziliśmy się do dziadków w Lorne - my, czyli ja i Terry. Sam pewnie nie zdołałbym namówić rodziców, ale przecież mówiłem, że z nim zawsze było łatwiej. Skończyliśmy szkołę średnią krótko przed śmiercią dziadków, a potem wyjechaliśmy z miasteczka, by realizować plan, który sobie ułożyliśmy. Ja chciałem zostać lekarzem - a może to rodzice wymyślili sobie syna-lekarza i jedynie przejąłem to marzenie jako swoje? - dlatego zacząłem studia medyczne na dobrym uniwersytecie i mogłem już na dobre zapomnieć (albo chociaż udawać, że zapomniałem) o Michaelu.
Pojawiły się coś nowego: dojmujący wstyd za rzeczy, które zrobiłem i, jeszcze większy, za rzeczy, których zrobić nie miałem odwagi. I uzależnienie, choć musiało minąć jakieś dziesięć lat, nim byłem w stanie się do tego przyznać, przestać się wykręcać i wmawiać wszystkim, że to przecież n i c.
Całkiem niedawno próbowałem to nawet wytłumaczyć Terry’emu: to, że ten alkohol dawał chwilową ulgę, ale potem nie dawał mi już nawet tego. Po prostu nie wiedziałem, jak mogę się z tego wydostać.
Wstyd przyszedł też parę miesięcy temu, gdy w klinice, podczas mojego trzeciego odwyku, zrobiono mi badania. Byłem trochę zdumiony tą zamianą ról - tym, że znajdowałem się w gabinecie lekarskim i zamiast dominować, powiedzieć proszę usiąść, miałem na sobie rozciągniętą bluzę i słuchałem zaleceń fachowca. Był rzeczowy i miły, nie spytał mnie nawet a czego ty się spodziewałeś, głupi ćpunie?. Zamiast tego od razu powiedział, że przecież diagnoza to nie wyrok, a ja gapiłem się w jego biurko, czując się tak strasznie, strasznie
u p o k o r z o n y.
Ktoś złośliwy - na przykład ja… - mógłby zauważyć, że to dziwne, że akurat wtedy poczułem się skompromitowany, biorąc pod uwagę wszystkie te momenty, w których okazałem się być do niczego:
na przykład gdy miałem zabrać syna na weekend, ale w piątkowy wieczór wpadł do mnie kolega i następnego dnia ocknąłem się dopiero o czternastej, kiedy mój telefon pokazywał dziewięć nieodebranych połączeń
albo gdy pojawiłem się na rozprawie Michaela i byłem jedynym, który uważał, że nie widać po mnie, a wódą śmierdziało ode mnie tak, że nawet moja matka spojrzała na mnie z lekką odrazą
i wtedy, gdy po raz k o l e j n y kłamałem w pracy, żeby usprawiedliwić swoją nieobecność w szpitalu, bo przecież nie pójdę na oddział ani na ciężkim kacu, ani na głodzie.
Praca - przynajmniej do pewnego momentu - pomagała trzymać się w ryzach. Potrafiłem nie pić przez kilka tygodni, a nawet miesięcy: zachowywałem pozory, spędzałem dużo czasu w szpitalu, chodziłem na randki. Patrząc na mnie w tamtych momentach, trudno byłoby się domyślić, kim jest mój brat (albo kim miał się stać, bo przecież ten Michael Kemper z internetowych tekstów i podcastów niewiele miał z nim wspólnego). Ale potem wszystko zaczynało się od nowa.
Odwyki były trzy. Po dwóch pierwszych nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek się na to zdecyduję, ale Terence zachowywał się, jakby nie zamierzał odpuścić, a ja - bo przecież zawsze byłem tchórzem - uznałem, że to może być dobry sposób na przeczekanie całego szumu wokół procesu i skazania mojego brata. Po detoksie spędziłem kilka miesięcy w ośrodku terapii uzależnień, a potem na terapii ambulatoryjnej. W czasie, gdy ja próbowałem poskładać się do kupy, moje rodzeństwo - to, które zostało na wolności - przeprowadziło się z powrotem do Lorne Bay, dlatego przyjechałem do nich. I do mojego dziewięcioletniego syna, który mieszka w Cairns. Wynająłem przyczepę, bo miesiące leczenia sprawiły, że nie stać mnie na nic lepszego, a w przyszłym tygodniu zaczynam pracę w nowym szpitalu, więc… chyba pora się wreszcie ogolić?
Mam całkiem nieźle dobrane leki, ale ani strach, ani wstyd, nie zniknęły całkowicie. Nie zniknął też gniew: ten sam, który sprawiał, że kopałem Michaela w łydkę przy stole w jadalni, sycząc uspokój się. On t e ż łatwo wpadał w złość, jak gdyby to uczucie pulsowało pod skórą, tylko czekając na moment, w którym będzie mógł się wydostać. Czasami wyobrażam sobie, że właśnie tak było: że któregoś dnia w Michaelu po prostu eksplodował gniew, którego nie dało się już zatrzymać i dlatego to wszystko się wydarzyło.
A ta myśl sprawia, że wiem, że ja nie mogę wybuchnąć.
Nie mogę.
• Kiedyś korzystał z mediów społecznościowych jak wszyscy, ale po aresztowaniu Michaela, gdy burza wokół jego brata objęła także internet, usunął wszystkie profile. Aktualnie ma jedynie fake konto na Instagramie, gdzie ogląda pieski i rolki z przepisami.
• To nie znaczy, że spędza mało czasu, gapiąc się w telefon. Ma na nim głównie gry, w które potem gra ze swoimi pacjentami. Tym starszym nastolatkom pozwolił też parę razy poprzesuwać ludzi na swoim koncie na tinderze, by oderwać ich myśli od szpitalnych stresów, ale błagam, nie mówcie ich rodzicom.
• Przeszedł trzy odwyki, a i tak nie potrafi szczerze powiedzieć o sobie, że jest alkoholikiem albo narkomanem. Oczywiście zdarzyło mu się to wypowiedzieć kilka razy, na potrzeby terapii, ale nie myśli o sobie w ten sposób.
• Gdy chce kogoś spławić, zdarza mu się opowiadać historię o tym, że wierzy, że w poprzednim życiu był kozą, a zdał sobie z tego sprawę, gdy po raz kolejny przyśniło mu się to piękne stworzenie. Kiedyś zamiast tego, gdy nie miał ochoty na barowy podryw, mówił po prostu wiesz, chyba wciąż jestem płodny, ale kiedy nie jedna, a dwie kobiety całkiem się tą wizją podekscytowały, obiecał sobie, że nigdy więcej.
• Jest pod opieką terapeuty z ośrodka uzależnień i psychiatry. Z tym ostatnim łączy go relacja z rodzaju love-hate (nawet jeśli tylko w głowie Leandra i lekarz o tym nie wie). Mógłby wygłosić długi monolog na temat tego, dlaczego go nie lubi, ale prawda jest taka, że największy żal do swojego psychiatry ma o to, że nie śmieje się z jego żartów…
• Dobrze gotuje i lubi to robić, ale tylko jeśli ma dla kogo. Gdy jest sam, zwykle wybiera coś tak wyszukanego jak mrożona pizza.
• Ma nieco kłopotliwy nawyk: nie potrafi się nie śmiać, gdy jakiś dorosły facet mówi, że jego ulubionym filmem jest Fight Club. Raz prawie przez to oberwał (gdy ten miłośnik Edwarda Nortona nie mówił nawet do Leandra, tylko do swoich kumpli przy sąsiednim stoliku), a kilka razy jego koledzy poczuli się tym urażeni, ale to naprawdę, naprawdę silniejsze od niego.
• Terence jest dla niego nie tylko najważniejszą, ale też ulubioną osobą. Nie uważa jednak tego, że są bliźniakami, za szczególnie interesujące i często zapomina o tym wspomnieć. Zdarza się więc, że jego znajomi albo współpracownicy wiedzą o Terrym niemal wszystko: znają jego zawód, trzy krępujące anegdotki z dzieciństwa, ulubione śniadania i imiona dwóch byłych, ale nie wiedzą, że wygląda jak Leander 2.0. Zresztą - jego zdaniem nie są wcale identyczni i spokojnie da się ich rozróżnić (powodzenia).
• Przez to, że większość ludzi nie podziela tej opinii, nauczył się reagować nie tylko na swoje imię, ale również na Terence'a.
• Nie pamięta, jak to się zaczęło, ale regularnie dostaje w ramach prezentu ubrania i gadżety z The Office. Niezbyt przejmuje się modą, więc wychodzi w tych ciuchach do ludzi, ale kiedy ktoś zaczepia go w autobusie, zwykle udaje głupiego i twierdzi, że nie wie, kim jest ten mężczyzna w berecie na jego koszulce albo o jaką farmę Schrute’ów chodzi.
• Oczywiście kłamie, ślepo kocha The Office i wciąż ma w mózgu specjalną przegródkę, z której w nieodpowiednich momentach wyskakuje “that’s what she said”.
• Pracując z dziećmi i ich rodzicami, stara się powstrzymywać, ale prawda jest taka, że bardzo lubi przeklinać i sprawia mu to przyjemność. W ogóle: robienie rzeczy na przekór przynosi mu sporo frajdy.
• Zawsze miał dużo znajomych i sporo czasu spędzał wśród ludzi. Zmieniło się to po przeprowadze do Lorne Bay - można to zwalić na okoliczności (niewiele znajomości z młodości przetrwało aż do teraz i wcale nie zna tu wiele osób), ale chodzi o coś innego. Dopiero niedawno zaczęło do niego docierać, że tak naprawdę wcale nie jest towarzyski i otaczał się ludźmi, bo przy nich łatwiej było ukrywać strach, który zawsze skradał się za Leandrem. Skoro jego psychiatra-konował dobrał mu niezłe leki (antylękowe i antydepresanty), po prawie czterdziestu latach rozpoczyna przemianę w domatora.
• Ma duży problem z mówieniem o emocjach, ale przede wszystkim: z nazywaniem ich i radzeniem sobie z nimi. Zwykle ignoruje je tak długo, aż trudno z nim wytrzymać i znajduje się na skraju wybuchu. Wszystkie uczucia - złość, smutek, żal, rozczarowanie - upycha zwykle do pojemnego wora pod tytułem “Jestem zmęczony”.
Środek transportu
Krótko przed przyjazdem do Lorne Bay kupił używane auto i stara się nie rąbnąć nim w żadne drzewo.
Związek ze społecznością Aborygenów
Brak
Najczęściej spotkasz mnie w:
W pracy, w Cairns, gdzie mieszka jego syn, w pobliżu domu (choć ten dom to dużo powiedziane).
Kogo powiadomić w razie wypadku postaci?
Rodzeństwo - Terence'a Burkharta, Oakley Burkhart
Czy wyrażasz zgodę na ingerencję MG?
Tak
Krótko przed przyjazdem do Lorne Bay kupił używane auto i stara się nie rąbnąć nim w żadne drzewo.
Związek ze społecznością Aborygenów
Brak
Najczęściej spotkasz mnie w:
W pracy, w Cairns, gdzie mieszka jego syn, w pobliżu domu (choć ten dom to dużo powiedziane).
Kogo powiadomić w razie wypadku postaci?
Rodzeństwo - Terence'a Burkharta, Oakley Burkhart
Czy wyrażasz zgodę na ingerencję MG?
Tak
Leander Burkhart
Jake Gyllenhaal
about me
Oh won't you come with me where the ocean meets the sky
And as the clouds roll by we'll sing the song of the sea
And as the clouds roll by we'll sing the song of the sea

witamy w lorne bay
Cieszymy się, że jesteś z nami! Możesz już teraz rozpocząć swoją przygodę na forum. Przypominamy, że wszelka niezbędna wiedza o życiu w niezwykłej Australii znajduje się w przewodnikach, przy czym wiadomości podstawowe odnajdziesz we wprowadzeniu. Zajrzyj także do działu miasteczko, by poznać Lorne Bay jeszcze lepiej.
Uważaj na węże, meduzy i krokodyle i baw się dobrze!


