uciekająca dziedziczka — aka rozpuszczona księżniczka
30 yo — 176 cm
Awatar użytkownika
about
i wasted all those yesterdays and am completely out of tomorrows

1-Diazydokarbamoilo-5-azydotetrazol, C2N14, osiem cząsteczek, bezbarwne kryształki, jedna z najbardziej niestabilnych substancji na świecie, a Ren Falkenberg powoli zaczynała godzić się z myślą, że się w nią przeistacza. Od kilku dni targała nią burza emocji. Nasilała się i gasła, potrafiąc rozgorzeć w najmniej spodziewanej chwili, wywołana skrawkiem wspomnienia, najczęściej przesuwającego się po gładkiej fakturze złotej obrączki, zdobiącej serdeczny palec Maxwella Wheathleya. Torturowała się, odtwarzając tą chwilę niezliczone ilości razy w głowie. Wciąż czuła rdzawy smak krwi na języku, kiedy przygryzła wargę tak mocno, że pękła. Wciąż pamiętała jakie to uczucie, walczyć ze spazmami płaczu, przejmującymi kontrolę nad ciałem, chociaż wcale nie chciała jej oddać bez walki. I wciąż dręczyło ją poniżenie, którego doświadczyła w swojej naiwności, zjawiając się po kilku latach bez słowa, na progu domu byłego ukochanego. I d i o t k a.

Gdyby zależało to tylko od niej, nie wychodziłaby z tego domu już do końca swoich dni. Żałowała, że wynajęła lokum na drugim końcu ulicy, przy której znajdował się boleśnie wyryty w pamięci adres. Powinna zamieszkać po przeciwnej stronie miasta. Gdziekolwiek. Było jej już wszystko jedno, ale ilekroć postanawiała się poddać, cichy głos w jej głowie się nasilał, aż wreszcie krzyczał, że nie może. Nie mogła przecież wrócić z podkulonym ogonem do rodzinnego miasta, do siedziby firmy i dać znowu zamknąć się w więzieniu o prętach ze szczerego złota. Jakaś cząstka w niej łudziła się, że jeszcze nie wszystko pogrzebane. Że może jeszcze wygrać tą wojnę, zignorować syreny alarmowe i zasieki z drutów kolczastych. Ta cząstka nie umiała się poddawać. To był kawałek prawdziwej Ren, który nie pozwalał o sobie zapomnieć. Pochwyciła się go kurczowo, podnosząc się tego dnia z łóżka. Pod jej oczami widniały cienie, a twarz była spuchnięta od płaczu. Nie pomógł nawet zimny prysznic i strugi wody, zalewające umęczone policzki. Częściowo udało jej się to zatuszować makijażem, a na resztę nie było żadnego remedium, poza zignorowaniem jej.

Pojawiła się we wcześniej umówionym miejscu o właściwej porze. Nie wcześniej, nie później. W kwestii punktualności, Ren zawsze dotrzymywała obietnic, jeśli tylko było to zależne od niej. Dostrzegła znajomą sylwetkę, stojącą przed wejściem do lokalu. Nie potrafiła ukryć odrazy, która zalśniła w jej oczach. Przełknęła gorycz i z uśmiechem przyklejonym do zastygłej w fałszywej radości twarzy, podeszła do swojego dręczyciela ochroniarza.

- Załatwimy to szybko i bezboleśnie tutaj, czy koniecznie musimy wchodzić do środka? - mimo rozkosznie wykrzywionych warg, przez jej twarz przebiegł ponury cień. Nie chciała wchodzić do środka. Nie chciała zamawiać kawy i rozsiadać się na krześle przy jednym ze stolików. Nie chciała rozmawiać z nim dłużej niż to konieczne. Zresztą w ostatnim czasie jedyne czego chciała to zapaść się pod ziemię i już nigdy nie opuścić tego miejsca. - Nie mam ci wiele do opowiedzenia. Nie zdarzyło się w tym czasie nic szczególnego - stwierdziła beztrosko, usilnie odpychając od siebie wspomnienie, w którym naiwnie wierzyła, że uda jej się pozbyć rzekomej małżonki Maxa. Jakby to nigdy się nie wydarzyło, a złoty błysk obrączki był wyłącznie tworem jej wyobraźni.

Johnny Peck

powitalny kokos
ren
brak multikont
aktor z branży porno — na przymusowej emeryturze
32 yo — 186 cm
Awatar użytkownika
about
zasłynął w branży jako aktor serii filmów porno o Dzikim Zachodzie, obecnie kontuzjowany, musi porzucić swoje marzenia o wielkiej karierze i zająć się czymś bardziej przyziemnym, co powoduje u niego nieustanne wkur...zenie
Powroty bywały bolesne. Na szczęście nikt nie zadawał mu pytań z gatunku czy tak samo bolesne jak seks analny z dwójką hojnie obdarzonych mężczyzn, ale skala była podobna. To znaczy takie miał wrażenie, bo może i był aktorem filmów porno, ale nie specjalizował się akurat w tej kategorii. Niesamowite było to, że za każdym razem jednak musiał tłumaczyć, że owe specjalizacje istniały i akurat nie przekraczał pewnej granicy tabu w swoim życiu.
Dla jego bogobojnej rodziny i tak było to mierne wytłumaczenie i dalej wyzywali go od szatanów, ale nie tylko dlatego powrót okazał się tak trudny. Bardziej chodziło o to, że wszyscy jego dawni kompani bądź kumple rozpierzchli się gdzieś po wielkich miastach i nie bardzo miał z kim nawiązywać relacje. Życie okazywało się bardziej przewrotne niż jedna z tych komedii romantycznych, gdzie na rogu na powracającego do miasteczka bohatera czeka prawdziwa miłość z liceum, a drinki w barze nadal polewa jego przyjaciel. Nie wiedział czy tego akurat się spodziewa (zwłaszcza w kwestii rzucającej mu się na szyję jakiejś pewnie grubej obecnie sweetheart), ale bycie częściowym inwalidą doprowadzało go do szału tak bardzo, że chętnie przystałby na propozycję zabicia czymś cennych minut.
Tymczasem nie działo się nic nadzwyczajnego, on sam raczej przemykał przez miasteczko jako duch i do tej pory nie obdarzył wizytą duszpasterską (tak, wiedział, że nie jest księdzem) swoich rodziców. W ramach tego całego znużenia, monotonii i szeroko przyjętego zniechęcenia pozostawało mu albo upijać się w barze i wszczynać burdy albo przypilnować swojej podopiecznej. To wcale nie było tak, że nie brał pierwszej opcji pod uwagę. Dostanie w mordzie w barze było łatwiejsze niż znoszenie kaprysów księżniczki, która pojawiła się w tym mieście, by odnaleźć żebraka i wyznać mu miłość.
Jak dla niego bogaci ludzie naprawdę nie wiedzieli, co zrobić z wolnym czasem, skoro mieli takie rozrywki, ale postanowił raz jeden dać jej działać. A on planował przyglądać się temu z boku.
Dobre sobie, za żadne z boku jej ojciec mu nie płacił, a on jak przystało na solidnego pracownika, pragnął wykonać należycie swoje obowiązki i skończył jak jeden z tych podłych stalkerów, obserwując jej trudy. I zauważając przy okazji, że dziewczę wzięło się za żonatego typa. To już naprawdę brzmiało jak kaprys księżniczki, która zapragnęła tego kolesia i nic, nawet akt małżeński nie mogło jej w tym przeszkodzić. Najwyraźniej przydałoby się jej znaleźć rodziców- lepszych niż miała- i przegadać jej do rozumu, że tego typu zachowanie jest niemoralne i zwyczajnie głupie. To wcale nie tak, że ta żona zniknie.
Ba, Johnny postanowił się żarliwie modlić, by nic się jej nie stało, bo miał kiepskie kompetencje, jeśli chodzi o tuszowanie morderstwa. Na wszelki wypadek zakupił nawet łopatę, ale nie było to wciąż dobre przygotowanie, więc musiał odwołać się do czegoś nieistniejącego i w tym konkretnym przypadku nie miał na myśli Boga, a zdrowy rozsądek panny Ren.
Równie dobrze już mógł zacząć czytać o tym jak spalić zwłoki.
- Nie zdarzyło się nic szczególnego? Poza faktem, że twój były jest żonaty, a ty go prześladujesz?- tak, to pytanie sugerowało, że lepiej będzie jak wejdą do środka.

ren falkenberg
powitalny kokos
stuknięta
Julia, Dick, Chris, Alfie
uciekająca dziedziczka — aka rozpuszczona księżniczka
30 yo — 176 cm
Awatar użytkownika
about
i wasted all those yesterdays and am completely out of tomorrows

Przyjazd do tego miasteczka, odkrywał zapomniane pod płaszczem kurzu wspomnienia. Chociaż minęło sześć lat odkąd po raz ostatni przechadzała się zacienionymi, skrytymi w pod baldachimem mięsistych liści ścieżkami, czuła się tak, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Przynajmniej po części, bo nie tak wyobrażała sobie powrót do Australii, która tliła się w niej mglistym echem przeszłości. W pewien sposób była wolna, ale równocześnie wciąż tkwiła w klatce minionych lat, rozpaczliwie chwytając się tego, co rozpadało się pod dotykiem jej palców. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że gdyby zdobyła się na odwagę wcześniej, na palcu Maxa wcale nie lśniłaby teraz obrączka, a Ren nie miotałaby się jak zwierzę z odciętą kończyną, ale prawda była taka, że krwawiła. Bo sześć lat temu miała ledwo ponad dwadzieścia lat i niewiele doświadczenia w prowadzeniu wojennych strategii. I choć daleko było zimnej wojnie toczonej pomiędzy nią, a rodzicami do prawdziwej bitwy, to w tym wypadku też należało spodziewać się stosu ofiar. Sześć lat temu byłyby bardziej krwawe, a Ren skapitulowałaby jeszcze na samym początku. Teraz zaś była gotowa poświęcić wszystko, bo nic nie było warte ceny, jaką przyszło jej płacić, kiedy z pokorą zgodziła się wrócić do niewoli.

Siedząc nad znośnym drinkiem, w zakurzonej szklance, była pewna, że zawarli pakt. Z góry założyła, że Johnny Peck zajmie się swoim żałosnym życiem, jakie prowadził, a jej da święty spokój do czasu umówionych spotkań. Może gdyby była bardziej czujna, dostrzegłaby gdzieś zarys jego sylwetki, czającej się w pobliżu, ale jej myśli były pochłonięte kimś czymś zupełnie innym. Jeszcze dzisiaj, gdy z powrotem zaszyje się we wnętrzu przepastnego (o wiele za dużego jak na jedną osobę) domu, będzie przeklinać w duchu swoją nieuwagę i naiwną wiarę w to, że w Lorne Bay z łatwością z niknie z radaru. Przede wszystkim, będzie przeklinać i miąć w ustach klątwy pod adresem swojego największego koszmaru ochroniarza, który choć próbowała pozbyć się go ze wszystkich sił, nieugięcie trwał przy jej boku wykorzystując każdą jej słabość, żeby się nad nią znęcać.
Och, słodka ironio, gdyby tylko wiedziała, że nabył w ciągu ostatnich dni łopatę, osobiście by się do niego pofatygowała, żeby mu nią przyłożyć. A przynajmniej spróbować, bo ostatecznie Ren Falkenberg w fizycznym starciu, z góry była na przegranej pozycji.

Szybciej niż mogła objąć świadomością, że to koniec, usłyszała jak z jego ust eksplodują słowa, niczym cena za całe życie. Kąciki jej ust drgnęły, targnięte nagłym spazmem, ale tylko to zdradziło, że świat w jej wnętrzu zaczyna się walić.
On wiedział.
S k ą d on wiedział?
Litości...

Wciągnęła powietrze głęboko do płuc i wypuściła je ze świstem po kilku długich, bolesnych sekundach rozważania, czy nie lepiej w tej chwili spróbować zmierzyć się z nim w sprincie, a skoro miał problemy z biodrem, istniała duża szansa, że w tej dyscyplinie powiodłoby jej się lepiej, niż z rzekomym ciosem łopatą. Ale on w i e d z i a ł i nie mogła mu pozwolić na to, żeby przedarł się jeszcze głębiej w jej życie, pozostawiając po sobie ślady zabłoconych podeszw.

- Wcale go nie prześladuję - z jej ust uleciał warkot, a dłonie skrzyżowały się na piersiach w obronnym geście. Kątem oka zerknęła, czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby przechwycić ów cenne informacje, bo ostatnim czego teraz pragnęła była wieść, że do miasteczka przyjechała szurnięta była Maxwella, próbująca rozbić jego małżeństwo. Na swoją obronę mogła powiedzieć, że wcale nie próbowała. Przynajmniej jeszcze nie próbowała. Zważywszy na to, że od kilku dobrych dni nie wychylała nosa poza ściany wynajmowanego domu, nawet nie miałaby ku temu okazji. Musiała ułożyć nowy plan, uwzględniający niewygodne przeszkody w postaci obrączki i rzekomej żony, której jeszcze nie widziała na oczy. Mogła z łatwością znaleźć jej profil na mediach społecznościowych. Miała ku temu predyspozycje, a nawet prywatnego detektywa, z którego usług korzystała jej rodzina, ale były dwa kluczowe powody, dla których tego nie zrobiła. Pierwszy z nich, najbardziej trywialny - jej serce rozpadłoby się na miliard kawałków, gdyby jej spojrzenie choć raz zawisło na splecionych ze sobą ciałach. Drugi zaś był po prostu praktyczny - gdyby zwróciła się o pomoc do detektywa, o wszystkim dowiedzieliby się jej rodzice. Poza tym wcale nie była szurnięta.

- Może i jest żonaty, ale to nie potrwa długo - wymsknęło jej się, zanim zdążyła sobie zatkać usta. Nie tak to miało zabrzmieć. Zupełnie nie tak. Spuściła głowę, wlokąc się jak na skazanie do wnętrza kawiarni. Zajęła krzesło na przeciwko Johnny'ego i ponownie wbiła w niego zimne, stalowe spojrzenie. - I nie, nie nie mam zamiaru się do tego przykładać. To jego decyzja - posłała mu triumfujący uśmiech, jakby właśnie odsłoniła przed nim kartę jokera, o której nie wiedział. Ale to nie do końca było prawdą. Wcale nie wiedziała, czy rzeczywiście Max planuje rozstać się ze swoją żoną, ale to co powiedział zasiało w jej sercu pewne ziarno niepewności. Nie wydawał się być szczęśliwy w tym związku, a jego słowa brzmiały tak, jakby w istocie coś było na rzeczy. I kłamała. Oczywiście, że miała zamiar dołożyć do tego swoje trzy grosze. - Skąd w ogóle o tym wiesz? Śledzisz mnie? - nie taka była umowa. Przynajmniej nie tak zakładała. Miał się od niej trzymać z daleka. Jej usta zacisnęły się w wąską linię, a na języku poczuła rdzawy smak krwi, za mocno przygryzionej wargi.

Johnny Peck

powitalny kokos
ren
brak multikont
ODPOWIEDZ